Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Lewe prawo (299)


KRYZYS MEDIALNY

   Coraz bardziej trwoży mnie odmóżdżanie społeczeństwa przez media, w szczególności przez te komercyjne - od tabloidu "Fakt" po telewizję TVN. Podzielam opinię, że przekaziory, w pogoni za zyskiem, eksponują i podkręcają konflikty personalne, zaś stan państwa traktują jedynie jako tło owych sensacyjek. W tym totalnym szumie (dez)informacyjnym nie ma miejsca na zajmowanie się np. bezprawiem urzędników wobec obywateli. Ci, bezradni w konfrontacji z biurokratyczną samowolą, mogą liczyć na zainteresowanie dziennikarzy zazwyczaj dopiero wówczas, gdy zdesperowani sami popełnią jakieś przestępstwo albo - bywa i tak - samobójstwo.

   Media zwariowały, czy to tylko zmienił się mój punkt widzenia po zmianie dziennikarskiego statusu z aktywnego na bierny?…


czwartek, 3 stycznia 2013

Lewe prawo (286)


WYPIKOWANE NAZWISKO
 
SYNA WŁODZIMIERZA ZIENTARSKIEGO
 
   Dziś (3.01.2013) znów dał o sobie znać bodaj najgłupszy z przepisów obowiązujących dziennikarzy. Bo w naszym fantastycznym państwie regułą bywa, że im prawo bardziej absurdalne, tym jest ono ściślej przestrzegane.

   Telewizyjne programy informacyjne, w tym oglądane przeze mnie na przemian TVP 3 i TVN 24, transmitowały na żywo ogłoszenie wyroku w sprawie dziennikarza motoryzacyjnego Macieja Z. Został on skazany, na razie nieprawomocnie, na 3 lata więzienia i 8 lat zakazu prowadzenia pojazdów. 28.02.2008 kierował samochodem ferrari. Jadąc po Warszawie z nadmierną prędkością, spowodował katastrofę. On sam cudem przeżył, ale zginął pasażer - redaktor "Super Expressu" Jarosław Zabiega.

   Ponieważ sędzia mokotowskiego Sądu Rejonowego - Agnieszka Jaźwińska odczytywała sentencję wyroku i omawiała jego ustne uzasadnienie dość szybko, realizatorom transmisji telewizyjnych udawało się wypikowywać wypowiadane w pełnym brzmieniu nazwisko Macieja Z. tylko w momentach, w których poprzedzało je słowo "oskarżony". W pozostałych przypadkach zagłuszarka działała o ułamek sekundy za późno, czyli nieskutecznie.

   Prawnie wymagany idiotyzm utajniania nazwiska Macieja Z. potęguje fakt, że pełne personalia oskarżonego zna z pół Polski, a drugie tyle może je w każdej chwili znaleźć w internecie, choćby czytając ten tekst. Przepisy bowiem nie zabraniają mi ujawnić, że skazany jest synem innego dziennikarza motoryzacyjnego - Włodzimierza Zientarskiego.


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Lewe prawo (262)


   Ten tekst napisałem w swoim "Blogu weredyka" w lutym 2008. Od tego czasu stojące nad przepaścią polskie przekaziory zrobiły poważny krok naprzód...
 
MANIPULATORNIA

   Były minister sprawiedliwości Zbigniew "Zero" Ziobro z pewnością nie jest bohaterem mojego romansu. Jego działalność publiczną oceniam bardzo krytycznie. Mam więc tym większe prawo do obrony Ziobry przed dziennikarskim skurwysyństwem. Przed manipulowaniem faktami na jego niekorzyść.

   Ziobro jest zapewne - podobnie jak ja! - technicznym idiotą, nieznającym się na komputerowych wnętrznościach i tajnikach ochrony zawartości twardych dysków. Zrobił co zrobił: uszkodził służbowego laptopa, przyznając się do tego "morderstwa".

   Co zrobiła telewizja TVN itp. media, niechętne - jak ja - Prawu i Sprawiedliwości, sprzyjające - jak nie ja - Platformie Obywatelskiej? Nagłośniły, że obecny rząd żąda od Ziobry pieniędzy za naprawę sponiewieranego sprzętu, przemilczając zarazem wyjaśnienia atakowanego za wandalizm, że wcześniej on sam chciał za zniszczenia zapłacić i parokrotnie domagał się wystawienia mu rachunku za wyrządzoną szkodę.

   Szczególnie rażącym dowodem manipulacji części przekaziorów jest zupełne pomijanie w nich rozważań byłego ministra sprawiedliwości z PiS, co by było, gdyby po zwróceniu laptopa swoim następcom z PO niewymazane z niego dane zostały wykorzystane przez przeciwników politycznych do oskarżenia go o nienależyte wywiązywanie się z obowiązku ochrony tajemnicy państwowej? Łatwo przecież sobie wyobrazić jakiś kontrolowany przeciek (np. do TVN) i jeszcze poważniejszą awanturę na całą Polskę.

   Koledzy żurnaliści! Ani politycy PiS to same diabły, ani politycy PO to same anioły. Znajcie proporcjum, mocium panowie. I bądźcie bardziej obiektywni.

 

czwartek, 6 grudnia 2012

Lewe prawo (258)

 
FIASKO KNEBLOWANIA

   Motywowany nie tylko zawodową solidarnością z kolegą dziennikarzem, również obroną wolności słowa - najpierw przed blisko piętnastoma miesiącami opublikowałem w swoim blogu tekst pt. "Ukradł? Sprzeniewierzył!”"o takiej treści:

   "Bogusław Bieńkowski, redaktor naczelny kłodzkiego tygodnika „Euroregio Glacensis”, został skazany przez Sąd Rejonowy w Świdnicy, nieprawomocnym wyrokiem z 12.09.2011, na 3 tys. zł grzywny, na 2 tys. zł tzw. nawiązki i na zapłacenie kosztów procesu, za opublikowanie 19.03.2008 listu czytelnika pt. „Powiatowe mordy wy nasze”, zawierającego krytykę lokalnych władz samorządowych.

   Sporny fragment wydrukowanej korespondencji brzmiał: „Zarząd powiatu [kłodzkiego - przypisek mój] w listopadzie 2006 r. zatrzymał sobie (ukradł) dotację celową MEN w wysokości 100 tys. zł, przeznaczonych na remont Domu Wczasów Dziecięcych. Odpowiedzialni członkowie zarządu: Pan Marek S. i Pan Marek J. - wicestarosta, twierdzą, że już tych pieniędzy nie mają (ale są laptopy i inne górnopółkowe zakupy). Na pisma domagające się zwrotu zagarniętych pieniędzy z dotacji celowej, członkowie zarządu arogancko, w poczuciu całkowitej bezkarności, nawet nie raczyli udzielić odpowiedzi”.

   Poszło o nieszczęsne, wtrącone w nawiasie, słówko „ukradł”. Dotyczyło nie przywłaszczenia owych 100 tys. zł do prywatnej kieszeni jakiejś konkretnej osoby, lecz wykorzystania ich przez zarząd powiatu - jako ciało kolegialne - na cele inne niż zostały mu przez Ministerstwo Edukacji Narodowej przyznane. Marek J. poczuł się jednak osobiście poniżony sugestią, że jest złodziejem. I postanowił się procesować na podstawie osławionego, kneblującego media artykułu 212 Kodeksu karnego.

   Wspomniany wyrok świdnickiego SR oprotestowało w oficjalnym stanowisku „moje” Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, statutowo zobligowane do reagowania na każdy sygnał łamania wolności słowa i publikacji - prawa zapisanego w konstytucji. Oświadczyło ono, że orzeczenie to przyjęło „z niepokojem”.

   Sąd w uzasadnieniu wyroku podkreślił, że kara nałożona na dziennikarza spełni cele wychowawcze. I uprzytomni skazanemu, że przestępstwo nie popłaca.

   „Odbieramy te słowa - czytamy w stanowisku wrocławskiego SD RP - wypowiedziane w imieniu RP, expressis verbis, jako wyraz tłumienia krytyki prasowej. Jest to tym groźniejsze dla demokratycznego porządku, że w małych społecznościach mogą one odbierać obywatelom odwagę patrzenia lokalnej władzy na ręce i wyrażania swoich opinii w prasie”.

   Zadziwiające - zauważa SD RP - jest również to, że wcześniej inny Sąd Rejonowy, w Kłodzku, orzekając na podstawie tego samego artykułu 212 kk, uniewinnił i redaktora Bieńkowskiego, i autora wydrukowanego listu. Wnikliwie badając sprawę (odbyło się 17 rozpraw), podkreślił w uzasadnieniu wyroku, że dziennikarz przed publikacją dołożył staranności w sprawdzeniu faktów zawartych w korespondencji do redakcji; że stanął w obronie interesu społecznego, działał w dobrej wierze, a krytyka władzy miała podstawy. Powołał się przy tym na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 7.12.1976. Sformułowano w nim fundamentalną myśl, że swoboda wypowiedzi stanowi jeden z filarów społeczeństwa demokratycznego, nawet wówczas, gdy informacje i poglądy obrażają, są nieprzychylne lub nawet wprowadzają niepokój publiczny.

   Podzielając ten punkt widzenia, dolnośląskie SD RP zwróci się do ministra sprawiedliwości o nadzór prawny nad procesem odwoławczym przed Sądem Okręgowym w Świdnicy, a także poprosi o pomoc Helsińską Fundację Praw Człowieka - Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce.

   W mojej ocenie, Bieńkowski stał się ofiarą wyrazu „ukradł” - użytego w jego bardzo pojemnym znaczeniu potocznym. Ponieważ czytelnik, którego list opublikował, pisał o wydaniu pieniędzy publicznych na cele inne niż ten, na który zostały przyznane, adekwatniejsze i zgodne - jak powiadają prawnicy - ze stanem faktycznym byłoby słowo „zdefraudował” albo „sprzeniewierzył”.

   A poza tym, gdybym to ja uczestniczył w redagowaniu stanowiska SD RP, którego jestem członkiem, ujawniłbym nazwiska obu sędziów z rejonówek w Świdnicy i Kłodzku. Koledzy pismacy, przestańcie wreszcie odczłowieczać wyroki! Zarówno te niedorzeczne, jak i sensowne. Feruje je przecież „ktoś”, a nie „coś”."

   Cztery miesiące poźniej, w styczniu 2012, wróciłem do tematu, umieszczając w blogu tekst pt. "Białoruska szkoła orzecznictwa sędzi Kiwały":

   "Wyobraź sobie, że dałeś komuś - wierząc w jego zapewnienie - swoje pieniądze na chleb. Po czym dowiedziałeś się, że ten ktoś wydał twoją forsę na alkohol. Miałbyś prawo nazwać obdarowanego oszustem? Niewątpliwie. A złodziejem? Jeśliby ci nie zwrócił ofiarowanej kwoty – tak.

   Chociaż… Gdybyś trafił na oszusta ze specyficznym poczuciem honoru, mógłby cię pozwać do sądu za naruszenie jego dobrego(!) imienia. A gdyby sprawę rozstrzygała sędzia Alicja Kiwała z Sądu Rejonowego w Świdnicy, przyznałaby mu rację i skazała cię za zniesławienie…

   W jednym z zeszłorocznych, wrześniowych felietonów w tym blogu, zatytułowanym „Ukradł? Sprzeniewierzył!”, napisałem o kłopotach Bogusława Bieńkowskiego, redaktora naczelnego kłodzkiego tygodnika „Euroregio Glacensis”. Został wtedy skazany właśnie przez sędzię Kiwałę, m.in. na 3 tys. zł grzywny i 2 tys. zł tzw. nawiązki na cel społeczny. Za co? Za opublikowanie 19.03.2008 listu pt. „Powiatowe mordy wy nasze”, zawierającego krytykę lokalnych władz samorządowych, autorstwa czytelnika Andrzeja Strzygockiego (jako współoskarżony, on z kolei został potraktowany przez Kiwałę m.in. grzywną w wysokości 600 zł i 1,5-tysięczną nawiązką). Dziennikarzowi dostało się za nieocenzurowanie tej korespondencji i niewykreślenie z niej słowa „ukradł”, wtrąconego w nawiasie po wyrazach „zatrzymał sobie”. Kto przywłaszczył? Z listu wynika, że nie jakaś konkretna osoba, lecz Zarząd Powiatu Kłodzkiego, ciało kolegialne. Co przywłaszczył? 100 tys. zł dotacji celowej Ministerstwa Edukacji Narodowej na remont Domu Wczasów Dziecięcych w Dusznikach Zdroju.

   W wydrukowanym w „EG” liście można też było przeczytać, że „odpowiedzialni członkowie zarządu: Pan Marek S. i Pan Marek J. - wicestarosta, twierdzą, że już tych pieniędzy nie mają (ale są laptopy i inne górnopółkowe zakupy)”. A „na pisma domagające się zwrotu zagarniętych pieniędzy z dotacji celowej, członkowie zarządu arogancko, w poczuciu całkowitej bezkarności, nawet nie raczyli udzielić odpowiedzi”.

   Jeden z dwóch wymienionych w liście - Marek J., czyli Jagódka, były już wicestarosta kłodzki, poczuł się osobiście poniżony sugestią, że jest złodziejem. I postanowił wystąpić z oskarżeniem prywatnym na podstawie wciąż kneblującego media artykułu 212 Kodeksu karnego.

   W pierwszym procesie Sąd Rejonowy w Kłodzku uniewinnił Bieńkowskiego i Strzygockiego od zarzutu pomówienia. Po wnikliwym zbadaniu sprawy (odbyło się 17 rozpraw), sędzia Joanna Hajduk podkreśliła w uzasadnieniu wyroku, że dziennikarz przed publikacją dołożył staranności w sprawdzeniu faktów zawartych w korespondencji do redakcji; że stanął w obronie interesu społecznego, działał w dobrej wierze, a krytyka władzy miała podstawy. Powołała się przy tym na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 7.12.1976. Sformułowano w nim fundamentalną myśl, że swoboda wypowiedzi stanowi jeden z filarów społeczeństwa demokratycznego, nawet wówczas, gdy informacje i poglądy obrażają, są nieprzychylne lub nawet wprowadzają niepokój publiczny.

   Jagódka nie dał za wygraną i znalazł sędzię podzielającą jego zdanie. Okazała się nią pani Kiwała.

   5.01.2012 otrzymałem od Bieńkowskiego mejla z informacją, że na rozprawie apelacyjnej Sąd Okręgowy w Świdnicy uchylił wyrok miejscowej rejonówki i skierował sprawę do ponownego rozpoznania w związku z dopatrzeniem się w werdykcie niższej instancji różnych sprzeczności i innych uchybień. W ustnym uzasadnieniu tego wyroku z 30.12.2011, przewodnicząca składu orzekającego, sędzia Elżbieta Marcinkowska, zinterpretowała słowo „ukradł” nie dosłownie, bezrefleksyjnie, lecz jako pewną przenośnię, uprawnioną wobec bezspornego faktu wydania pieniędzy przez Zarząd Powiatu Kłodzkiego, z Jagódką jako wicestarostą, na inny cel niż zostały one przeznaczone.

   Dodam, że Bieńkowskiego broni adwokat Joanna Dutczak, a Strzygockiego – adwokat Kazimierz Światły. Mają też poparcie Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

   Jagódka w międzyczasie przegrał inny proces: prawomocnym wyrokiem Sąd Okręgowy - Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Świdnicy oddalił jego apelację przeciwko Starostwu Powiatowemu w Kłodzku. W pozwie żądał wynagrodzenia w wysokości 32.106 zł za pozostawanie bez pracy od kwietnia do października 2010, kiedy to, po odwołaniu go w sierpniu 2009 z funkcji wicestarosty, miał rzekomo wciąż być do dyspozycji starosty.

   Nie śmiem wątpić w inteligencję sędzi Kiwały, ale na wszelki wypadek wyjaśniam, że tytuł tego kawałka bloga należy odczytywać nie dosłownie, lecz w przenośni – metaforycznie. A kto z prawników nadal nie rozumie, w czym rzecz, to tłumaczę jak krowie na rowie, że „białoruska szkoła orzecznictwa” nie jest stwierdzeniem rzeczywistego wykształcenia tej funkcjonariuszki publicznej, lecz oceną jej mentalności".

   Dziś, 6.12.2012, dowiedziałem się o pomyślnym dla Bogusia Bieńkowskiego i pana Andrzeja Strzygockiego finale trwającego ponad 4 lata procesu. W przeddzień Sąd Okręgowy w Świdnicy ogłosił prawomocny wyrok w sprawie o pomówienie, wniesionej z oskarżenia prywatnego przez byłego wicestarostę kłodzkiego Marka Jagódkę.      
   
   Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Tomasz Wysocki stwierdził, że nie znalazł podstaw do przypisania obu oskarżonym popełnienia przez nich przestępstwa. Uznał, że była to dozwolona krytyka funkcjonariuszy publicznych - członków Zarządu Powiatu Kłodzkiego. Uchylił  poprzedni wyrok Sądu Rejonowego w Świdnicy z 14.06.2012. Na jego mocy postępowanie karne wobec Bieńkowskiego i Strzygockiego zostało wprawdzie umorzone, ale na jeden rok próby. Kosztami postępowania SO obciążył Jagódkę. Przysługuje mu jeszcze prawo do skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego.

www.adam-klykow.blog.onet.pl

pro1@onet.eu

sobota, 17 listopada 2012

Lewe prawo (236)


NAPISZ PAN COŚ…

   Zatelefonował do mnie pewien mężczyzna, nazwijmy go Kowalskim. Na jego prośbę spotkaliśmy się w miejscu wolnym od podsłuchu.

   Kowalski, mieszkaniec miejscowości pod Wrocławiem, opowiedział mi o swoim sąsiedzie, byłym esbeku, uprzykrzającym mu i rodzinie życie. Jeśli wierzyć słowom rozmówcy i jego pismom do "wszystkich świętych", ilustrowanym zdjęciami - istny horror.

   - Co na to policja, prokuratura, sąd? - zapytałem.

   - Sprzyja esbekowi - przekonywał Kowalski.

   - A czego pan oczekuje ode mnie?

   - Żeby pan, dziennikarz, coś o tym napisał w swoim blogu. Zapłacę…

   Wyraziłem współczucie, ale współudziału - choćby tylko pośredniego - w sąsiedzkim konflikcie odmówiłem.

   - Nie jestem adwokatem, pieniędzy za pomaganie innym ludziom brać nie mogę. Etyki zawodowej staram się przestrzegać i na emeryturze - tłumaczyłem.

   Wyjaśniłem Kowalskiemu, dlaczego nie chcę się "pchać między wódkę a zakąskę" również w czynie społecznym. Bo wtedy sąsiad może się mścić na nim jeszcze bardziej, a ja prędzej czy później stałbym się wrogiem obu stron awantury.

   - Moim nie - próbował zapewniać Kowalski.

   - Jak znam życie, zmieniłby pan zdanie - uświadomiłem mu - gdybym napisał, co na ten temat ma do powiedzenia adwersarz. A to dziennikarski obowiązek…

   Podpowiedziałem Kowalskiemu, że jeśli koniecznie chce swoją sprawę upublicznić, niech się nikim nie wyręcza i założy - nic prostszego - osobistego bloga. Bo skoro potrafi pisać do policji, prokuratury i sądu, może to robić także na własnej stronie internetowej, na redagowanie której miałby monopol i za którą brałby pełną odpowiedzialność.


środa, 15 sierpnia 2012

Lewe prawo (119)


USPRAWIEDLIWIAM DZIENNIKARZY

PRZED OFIARAMI BEZPRAWIA SĘDZIÓW

   Bywa mi - emerytowanemu pismakowi - przykro, gdy w internecie coraz częściej trafiam na skargi na dziennikarzy za uniki wobec ofiar sądowego bezprawia i niechęć do nagłaśniania ich niedoli. Rozumiem krytyków, chociaż...

   Wyobraź sobie, Czytelniku bloga, że właśnie Ty jesteś reporterem. Przychodzi do Ciebie, do redakcji, osoba uważająca siebie za pokrzywdzoną przez sędziów. Przynosi furę dokumentów, z kończącym postępowanie prawomocnym i niesprawiedliwym - zdaniem gościa - wyrokiem włącznie. Aby wszystko starannie przeczytać i przeanalizować, należałoby poświęcić mniej więcej pracowniczą dniówkę. A tu czas (w środowiskowym żargonie - deadline) goni, masz do napisania kilka tematów naraz - i z tego Cię przede wszystkim rozliczają, za to Ci płacą.

   Opublikujesz coś, wierząc bez wahania w wersję skarżącego się i jego stuprocentową prawdomówność? Zakwestionujesz bez wątpliwości uczciwość sędziów, którzy mają służbowy obowiązek rozpoznawać spory wnikliwie? Jaką masz pewność, że nie zostaniesz wmanewrowany między wódkę a zakąskę? I że w konsekwencji nie staniesz się chłopcem do bicia dla obu poróżnionych stron?

   Pomijam antydziennikarzy, którzy niczym bezrozumni politycy próbują wyautować interesanta powtarzanym w kółko kretynizmem: "wyroków sądowych się nie krytykuje". Nawet dziennikarze, którzy szczerze chcą komuś pomóc, bywają bezradni, gdy z jednej strony wymaga się od nich staranności i obiektywizmu, z drugiej zaś - pisania nieomal pod dyktando domniemanej ofiary jakoby nierzetelnych sędziów.

   Wiem skądinąd, że czytelnikami tego bloga są również moi koledzy po fachu. Żaden z nich z własnej inicjatywy (ja od dawna nikogo o nic nie proszę, radzę sobie sam) nie wyraził ochoty opisania, jak w sprawie moich roszczeń finansowych wobec ZUS sędziowie orzekali niezawiśle od ustaw, dopuszczając się oczywistego, łatwiutkiego w tym przypadku do stwierdzenia, przestępstwa przekroczenia uprawnień. Jednak do nikogo nie mam żalu. Jestem świadom, że odwaga zawodowa w obecnych realiach medialnego rynku pracy jest ryzykowna i miewa swoją cenę (mnie, emeryta, stać na większą nieustraszoność, ale zapewne miałbym ją mniejszą, jeślibym jeszcze musiał zarabiać na życie).

   Liczę co najwyżej na poparcie, gdyby sędziowie zaczęli mnie represjonować za ujawnianie prawdy o nadużywaniu przez nich swojej władzy. Na razie wciąż siedzą cicho, gdyż milczenie - przy braku jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej sądowego orzecznictwa - gwarantuje im trwanie w bezkarności za uprawianą "w imieniu RP" samowolkę.


wtorek, 14 sierpnia 2012

Lewe prawo (118)


ŚMIERDZI KRYPTOREKLAMĄ


   To się żadnemu przyzwoitemu dziennikarzowi w głowie i zawodowych standardach nie mieści. Opublikowany 23.03.2012 w "Gazecie Wyborczej" wywiad z dyrektorem podległych parabankowi Amber Gold linii lotniczych OLT Express - Jarosławem Frankowskim jest poniekąd wywiadem 30-letniego Michała Tuska (na zdjęciu) z samym sobą. To on bowiem najpierw pomagał swemu redakcyjnemu koledze i imiennikowi - Jamrożowi w przygotowaniu pytań do Frankowskiego , a następnie udzielił nań odpowiedzi wydrukowanych jako słowa Frankowskiego. Z którym zdążył już wówczas zacząć współpracę marketingową, o czym jeszcze w "GW" nikt nic nie wiedział.

   "Jest rzeczą oczywistą, że każdy biznes robi się po to, by zarobić" - powiedział m.in. Michał Tusk ustami szefa OLT Express. Syn premiera zdążył zarobić w tej szybko upadłej firmie trzy razy po 5.950 zł plus VAT.

   Wcześniej, jako dziennikarz "GW", gdzie płacono mu prawie dwukrotnie mniej, pisał o OLT Express. Zawsze entuzjastycznie.

   Np. 16.02.2012, w informacji pt. "Ale sobie polatamy": "Warszawa, Kraków, Katowice, Wrocław, Poznań, Łódź i Szczecin - do tych miast od kwietnia dolecimy samolotami OLT Express. Wczoraj ruszyła sprzedaż biletów. Skala zapowiadanej siatki połączeń robi wrażenie - nie tylko rozległością i liczbą krajowych lotnisk dostępnych z Rębiechowa, ale także częstotliwością rejsów i wielkością samolotów. Duża część lotów nie będzie bowiem obsługiwana samolotami turbośmigłowymi, ale dużymi odrzutowcami znanymi z lotów międzynarodowych".

   A cztery dni później, w informacji pt. "Tak wyrastają nam skrzydła": "Przed nami pierwszy letni sezon od lat, w którym dojazd do Trójmiasta z innych części Polski nie będzie problemem - ba, będzie on lepszy niż kiedykolwiek. Ale nie dzięki kolejom czy drogom - dzięki samolotom. Ogłoszona w środku zeszłego tygodnia siatka połączeń gdańskiego przewoźnika OLT Express zadziwiła wszystkich - po pierwsze, ceną (połowa biletów do końca roku na każdym rejsie kosztować ma 99 zł), po drugie, wielkością".

   Tak - jak na mój gust, trochę nieporadnie warsztatowo - młody Tusk wkupywał się w łaski jednego z nowych pracodawców. A ktoś z redaktorów "GW" te kryptoreklamy czytał i kwalifikował do druku jako teksty stricte dziennikarskie…

   PS. Po dłuższym milczeniu, dziś (14.08.2012) premier Donald Tusk wreszcie odzyskał głos i na konferencji prasowej po posiedzeniu rządu usprawiedliwiał syna, że jego "poważne błędy" były skutkiem samodzielności - uniezależnienia się od ojca i działania na własny rachunek.