Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cieślikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cieślikowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

Lewe prawo (319)


ZAUWAŻĄ PRZECINEK,
 
 NIE WIDZĄ LITERY PRAWA
 
   Polscy sędziowie durniami raczej nie są. Jeśli tylko mają uzasadnić swoje racje, potrafią być drobiazgowi i zinterpretować na własną korzyść istnienie lub brak w przepisach choćby tylko przecinka. Spektakularnym przykładem: historia takiego znaku interpunkcyjnego w jednej z nowelizacji Kodeksu karnego z 3.10.2003. Pojawiający się i znikający przecinek poważnie zmieniał sens art. 156 par. 1 tej ustawy, na którego podstawie sąd może wymierzyć do 10 lat więzienia sprawcy "ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".

   Zarazem polscy sędziowie - przynajmniej niektórzy - bywają przerażająco amoralni. Kiedy nie chcą się przyznać do oczywistych błędów, do orzekania na szkodę pokrzywdzonego, potrafią nadużywać niemal nieograniczonej władzy, gwałcąc nawet swą konstytucyjną podległość ustawom. W mojej sprawie chronią ich tacy wysocy strażnicy zasad etyki zawodowej funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, jak członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa, prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu Ewa Barnaszewska oraz rzecznik dyscyplinarny dolnośląsko-opolskich sędziów Marcin Cieślikowski. Oni też udają niezdolność zrozumienia, że litera prawa, konkretnie treść art. 2 ust. 1 pkt 2 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz art. 2 ust. 3 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych, stanowi wystarczający dowód zasadności moich roszczeń odszkodowawczych za poniesienie strat finansowych na skutek - stwierdzonego ponad wszelką wątpliwość - bezprawia ZUS.


wtorek, 29 stycznia 2013

Lewe prawo (315)


   Dwa poniższe teksty archiwalne w mojego "Bloga weredyka" dzieli dokładnie rok, łączy natomiast temat…

ZA KULISAMI TOGOWEJ MAFII

   Dziwna, tajemnicza sprawa. Krajowa Rada Sądownictwa na posiedzeniu 13.10.2010 wybrała nowego rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych na 4-letnią kadencję. Został nim sędzia Sądu Apelacyjnego w Poznaniu Marek Hibner. Wybrano go - jak zaznaczono w oficjalnym komunikacie na stronie internetowej KRS - "spośród kandydatów przedstawionych przez zgromadzenie ogólne sędziów sądów apelacyjnych".

   Dlaczego uważam tę nominację za dziwną i tajemniczą? Z dwóch powodów.

   Po pierwsze: całkiem niedawno, bo 12.01.2010, KSR wybrała na tegoż rzecznika dyscyplinarnego sędziego Sądu Apelacyjnego w Szczecinie Macieja Żelazowskiego. Miał on pełnić ową funkcję do roku 2014. Tymczasem złożył rezygnację już po kilku miesiącach. Rozchorował się? Możliwe. Starał się być uczciwy i nie spodobał się togowej mafii? Niewykluczone. Mogę tylko spekulować, bo przyczyny rezygnacji nie ujawniono.

   Po wtóre: w zastępstwie Żelazowskiego, od sierpnia pełniącym obowiązki rzecznika dyscyplinarnego był sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu Marcin Cieślikowski. Ten sam, który jeszcze 13.10.2010 (dokładnie w dniu inauguracji kadencji Hibnera!) podpisał się pod skandalicznym listem, gdzie de facto odmówił odpowiedzi na moje ponowione pytania, dotyczące popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień i naruszenia zasad etyki zawodowej przez osiem wrocławskich sędzi, w tym prezesa tutejszego Sądu Okręgowego Ewę Barnaszewską. Czy był kontrkandydatem? Szczegółów brak. Jeśli był, to serwilizm wobec Barnaszewskiej, która jest zarazem członkiem KRS i ma głos (co prawda tylko 1 na 25 ogółem) w wyborach rzecznika dyscyplinarnego, nie zaowocował sukcesem.

10.2010

PRZEGRANY CIEŚLIKOWSKI

   W dokumencie pt. "Informacja z działalności Krajowej Rady Sądownictwa w 2010 roku", przedstawionym prezydentowi RP i parlamentarzystom, znalazłem komunikat, że KRS wybrała Marka Hibnera na nowego rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych „spośród 5 kandydatów zgłoszonych przez Sądy Apelacyjne w Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu”. To potwierdzenie pewnego mojego domniemania.

   Takiego mianowicie, że o tę funkcję starał się też Marcin Cieślikowski - rzecznik dyscyplinarny sędziów dolnośląsko-opolskich. Ten sam, który uznał za "oczywiście bezzasadny" mój wniosek o wszczęcie postępowania przeciwko świadomie ignorującym literę ustaw sędziom Urszuli Kubowskiej-Pieniążek, Beacie Stachowiak i Ewie Gorczycy.

   W mojej ocenie - Cieślikowski jako nominalny krajowy rzecznik dyscyplinarny byłby de facto idealnym stróżem interesu tych funkcjonariuszy tzw. wymiaru sprawiedliwości, którzy uzurpują sobie orzeczniczą niezawisłość nawet od konstytucji. Aż dziw, że większość członków KRS wybrała kogoś innego.

10.2011
 
 

środa, 9 stycznia 2013

Lewe prawo (294)


   Tekst archiwalny z mojego "Bloga weredyka" z grudnia 2010 o rzeczniku dyscyplinarnym dolnośląsko-opolskich sędziów - Marcinie Cieślikowskim. Nie wiedziałem, że skarżąc się do ogólnopolskiego rzecznika dyscyplinarnego sędziów przy Krajowej Radzie Sądownictwa, trafię tam akurat na tego aparatczyka z Wrocławia, krótko pełniącego obowiązki głównego "prokuratora" funkcjonariuszy tzw. wymiaru sprawiedliwości…

RZECZNIK INTERESU
 
PRZESTĘPCZYŃ SĄDOWYCH

   Marcin Cieślikowski - funkcjonariusz publiczny pełniący obowiązki rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych, usytuowanego przy Krajowej Radzie Sądownictwa - ujawnił talent do pisania fleszyków. Tak w żargonie dziennikarskim nazywamy informacje najkrótsze z możliwych.

   Swój odzew z 13.10.2010 na mój wniosek z 10.10.2010, z prośbą o odpowiedź na ponawiane pytania dotyczące popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień i naruszenia zasad etyki zawodowej przez wrocławskie sędzie - ten również wrocławski sędzia zmieścił w dwóch zdaniach, nie licząc wstępu ("Szanowny Panie!") i zakończenia ("Z poważaniem").

   "Staram się zrozumieć gorycz - pisze jakże nieurzędowo na urzędowym druku z orłem w koronie - będącą następstwem braku satysfakcji z dotyczących Pana wyroków sądowych". Po czym prześlizguje się od razu do puenty: "Uprzejmie informuję, że mimo tego nie zamierzam prowadzić z Panem dalszej korespondencji".

   Prawda, że wyczerpująco i na temat? Mam się cieszyć, że zostałem łaskawie uznany za pokrzywdzonego i uszczęśliwiony zadośćuczynieniem w kwocie niewyrównującej choćby tylko kosztów procesu!

   Cieślikowski postępuje jakby był nie rzecznikiem dyscyplinarnym, lecz rzecznikiem interesu przestępczyń sądowych. Kompromitując siebie i wymiar sprawiedliwości, dzielnie trzyma parasol ochronny nad ośmioma damami z prezesem Sądu Okręgowego we Wrocławiu Ewą Barnaszewską na czele, które w sprawie moich - zaspokojonych przezeń zaledwie symbolicznie - roszczeń finansowych wobec ZUS uzurpują sobie niezawisłość nawet od litery ustaw.

   Nie od rzeczy będzie zwrócić uwagę, że Cieślikowski nie zostałby rzecznikiem dyscyplinarnym bez zgody Krajowej Rady Sądownictwa. A wśród 25 członków KSR jest też Barnaszewska, wybrana do tego gremium przez sędziów i mająca wobec nich dług wdzięczności do spłacenia. Cieślikowski nie w ciemię bity - krzywdy swej gwarantce kariery nie zrobi. Nawet jeśli Barnaszewska w mojej sprawie przyzwala współpracownicom na ignorowanie obowiązujących przepisów i sama nie zauważa nic niemoralnego w swoim spoufalaniu się z aparatczykami ZUS-u.

   Tak to się wszystko zapętla w tym kompletnie bezkarnym i niekontrolowanym przez nikogo z zewnątrz towarzystwie wzajemnej adoracji o zadziwiająco mafijnej konduicie…

   Wokół niesamowicie zdeprawowanych funkcjonariuszy tzw. wymiaru sprawiedliwości robi się coraz goręcej i mam przeczucie, że prędzej czy później znajdzie się wreszcie paragraf na hańbienie immunitetu przez Cieślikowskiego, Barnaszewską i im podobnych rozwalaczy fundamentów państwa prawa. Potrzebna jest tylko - i aż! - polityczna wola ograniczenia samowolki sędziów głosami co najmniej dwóch trzecich składu Sejmu. Bo co z tego, że konstytucja w obecnym kształcie stanowi o ich podległości ustawom? Sędziowie wiedzą swoje i powołują się wyłącznie na - zapisaną w tym samym artykule nadrzędnego aktu prawnego - swoją orzeczniczą niezawisłość (w ich interpretacji: nie tylko od innych władz, także od czegokolwiek).


poniedziałek, 26 listopada 2012

Lewe prawo (246)


CO PRZEGAPILI SĘDZIOWIE,
 
TEGO NIE MA
 
   Po lekturze twórczości wrocławskich sędziów w związku ze sporem z ZUS-em, zaczynam już niemal wierzyć, że świadczące o moim prawie do odszkodowania przepisy ustawowe, którym funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości konstytucyjnie podlegają, w ogóle nie istnieją. Fatamorgana po prostu.

   Marcin Cieślikowski, zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla Okręgu Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu (oficjalna nazwa funkcji "prokuratora" dolnośląskich i opolskich sędziów), poinformował mnie w piśmie z 20.11.2009, że mój wniosek z 5.10.2009 o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec Urszuli Kubowskiej-Pieniążek, Beaty Stachowiak i Ewy Gorczycy z Sądu Okręgowego we Wrocławiu jest "oczywiście bezzasadny". Sąd dyscyplinarny bowiem "nie może być kolejną instancją oceniającą orzeczenia sądowe".

   Cieślikowski zdaje się nie pojmować, że sedno mojego wniosku dotyczy łatwego do ustalenia (wystarczy przeczytać ze zrozumieniem dwa króciutkie fragmenty ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz ustawy o świadczeniach przedemerytalnych) faktu świadomego przekroczenia przez Kubowską-Pieniążek, Stachowiak i Gorczycę swoich uprawnień, czyli popełnienia przestępstwa z art. 231 par. 1 Kodeksu karnego. Oskarżenie ich o takie przewinienie służbowe jest - małpując zacytowane zaklęcie rzecznika dyscyplinarnego - oczywiście zasadne.

   Cieślikowski doradza w piśmie, że pozostała mi "możliwość kontroli prawomocnego wyroku zapadłego w Pana sprawie w drodze skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem (…) Skargę taką może złożyć Pan osobiście - jako strona".

   Tyle że ja już to wcześniej przerabiałem i… Zarządzeniem z 9.07.2009, Kubowska-Pieniążek zwróciła mi moją skargę z 8.06. 2009 o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego wyroku z 29.04.2009, ponieważ "nie została ona sporządzona przez adwokata lub radcę prawnego" (przypomnę, że kwestionowane przeze mnie orzeczenie przyklepało przyznanie mi jedynie 3 tys. zł zadośćuczynienia, nie rekompensującego choćby tylko poniesionych kosztów procesu).

   Z obu sprzecznymi w swej treści dokumentami wybrałem się 27.11.2009 do wrocławskiego Sądu Apelacyjnego, do Cieślikowskiego. Niestety, nie było go w pracy (nieobecność usprawiedliwiona - przebywał w szpitalu).

   Zostałem za to przyjęty przez prezesa SA Andrzeja Niedużaka. Na moje pytanie: kto - Cieślikowski czy Kubowska-Pieniążek - kłamie, odpowiedział, że… nikt, oboje piszą prawdę. Gdy zbulwersowany zaprotestowałem, sędzia Niedużak raczył skorygować, że rzecznik dyscyplinarny chyba wyraził się troszkę "nieprecyzyjnie". Eufemistycznie powiedziane!

   Poinformowałem prezesa SA o "błędnym kole", jakim jest odmawianie sporządzenia skargi o stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego orzeczenia przez kilku dotychczas o to przeze mnie proszonych adwokatów. Na co Niedużak oświadczył, że przecież we Wrocławiu jest ich znacznie więcej i powinienem nadal próbować znaleźć chętnego.

   Poczułem się jak nieomal osaczany przez togową mafię. Jak ktoś zmuszany do poszukiwania w tym towarzystwie, bynajmniej nie za darmo, jakiegoś uczciwego mecenasa, który miałby odwagę wystąpić przeciwko łamiącym prawo sędziom.

   - Róbcie tak dalej, a opinie o polskim wymiarze sprawiedliwości będą takie, jakie są, a może jeszcze gorsze - wygarnąłem Niedużakowi na pożegnanie. Bo też zdenerwował mnie przeogromnie…

[tekst z mojego "Bloga weredyka" z listopada 2009]


wtorek, 16 października 2012

Lewe prawo (202)


SUMIENIE SĘDZIEGO CIEŚLIKOWSKIEGO

    Dziś o bardziej ludzkim obliczu sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, rzecznika dyscyplinarnego dolnośląsko-opolskich sędziów - Marcina Cieślikowskiego. W wywiadzie dla "Słowa Polskiego-Gazety Wrocławskiej" (internetowa wersja rozmowy ma datę 12.08.2006) miał odwagę powiedzieć redaktor Elizie Głowickiej, a za jej pośrednictwem czytelnikom tego dziennika, że w swojej karierze orzeczniczej dziewięciokrotnie zetknął się z żądaniem kary śmierci przez prokuratora i dwa razy taki wyrok wydał.

   - Chodziło o okrutne morderstwa - wspomina. W obu procesach, przeprowadzonych w latach osiemdziesiątych XX wieku w Sądzie Wojewódzkim w Jeleniej Górze, był on przewodniczącym pięcioosobowego składu sędziowskiego.

   Pierwsza sprawa dotyczyła gwałtu i zabójstwa sekretarki szkolnej koło Mysłakowic. Mordercą okazał się pracownik piekarni. Wcześniej formalnie niekarany, ale w czasie śledztwa wyszło na jaw popełnienie przez niego wielu innych napadów i gwałtów. Ową sekretarkę zamordował, by go nie ujawniła. Przyznał się do winy.

   W drugiej sprawie oskarżonym był zabójca czworga osób. Alkoholik, karany. Pierwszą ofiarę uśmiercił pod Oławą, podczas libacji. Potem pojechał do Szklarskiej Poręby, gdzie poznał kobietę samotnie wychowującą dwójkę dzieci: roczne i dwuletnie. Gdy kiedyś pili razem, wpadł w szał. Ciężko ją pobił. A że drażnił go płacz dzieci, chwycił je za nóżki i rzucił o ścianę. Na koniec zabił ich matkę.

   - To był - podkreślił Cieślikowski - ostatni wyrok śmierci, jaki zapadł w jeleniogórskim sądzie. Skazany przyjął go z kamienną twarzą. Tak samo zachowywał się w czasie egzekucji.

   Interlokutor dziennikarki wyznał, że o ile w drugim przypadku nie miał żadnych wątpliwości co do wysokości kary, o tyle w pierwszym - i owszem. Piekarz najprawdopodobniej dostałby dożywocie, ale wtedy skazanie nań było niemożliwe. Ówczesny kodeks przewidywał za zabójstwo 25 lat więzienia albo stryczek. Nie istniało prawnie nic pośredniego.

   Z pełnym szacunkiem dla Cieślikowskiego zacytuję jeszcze fragment jego odpowiedzi na pytanie, czy jest za, czy przeciw przywróceniu kary śmierci.

   - Trzeba być konsekwentnym. Skoro przed laty wydałem takie wyroki, zwłaszcza jeśli miałem możliwość wyboru innej kary, a z tego nie skorzystałem - byłoby dziwne, gdybym był jej przeciwnikiem. Dlaczego jestem za jej przywróceniem? To trwała eliminacja niebezpiecznego przestępcy. Skazany na dożywocie dalej może być groźny. Co więcej, czuje się bezkarny. Morderca, który zabił, może zrobić to ponownie. Z analizy jeleniogórskich wyroków skazujących na śmierć wynika, że prawie wszystkie okrutne zabójstwa popełniono na tle seksualnym lub na dzieciach. Ofiara była bezbronna, przypadkowa i nie sprowokowała zabójcy. Kara śmierci w jakimś stopniu zaspokaja poczucie społecznej sprawiedliwości. A tego odczucia nie można lekceważyć. Życie ludzkie jest tak cenne, że zabójca powinien mieć świadomość, iż też może je stracić. Zdaniem niektórych filozofów kara ma być zaprzeczeniem przestępstwa. Nie może być zemstą, lecz wyrównaniem krzywd. Ale ja nie jestem filozofem.
 
   Zgadzam się tu z Cieślikowskim, jak nigdy przedtem. Pod warunkiem, że kara śmierci byłaby wymierzana tylko wobec niewątpliwych człowiekobójców (przykładem takiego - Andreas Breivik).
 
 

poniedziałek, 15 października 2012

Lewe prawo (201)

 
TAM GDZIE NIKT NIC NIE WIE

   Od dłuższego czasu tygodnik "Nie" publikuje serię tekstów, których negatywnym bohaterem jest sędzia Maciej Jedliński z Sądu Okręgowego w Świdnicy. W redakcyjnym sejfie dziennikarze Jerzego Urbana trzymają kwity - konkretnie: pisemne oświadczenia dających łapówki - dowodzące, że ten funkcjonariusz publiczny brał pieniądze od przestępców za ich uniewinnienie lub zwolnienie z aresztu tymczasowego.

   W normalnym kraju takim sędzią natychmiast zainteresowałyby się odpowiednie służby antykorupcyjne. Tymczasem - pisze red. Joanna Skibniewska w artykule pt. "Nietykalny sędzia" w najnowszym numerze "Nie" z 12-18.10.2012 - "ścigani przez wymiar sprawiedliwości jesteśmy my".

   "Krajowa Rada Sądownictwa - dowiadują się czytelnicy  - nic nie wie o naszych publikacjach. A powinna. Nie prowadzi więc postępowania dyscyplinarnego wobec sędziego. Właściwy rzecznik dyscyplinarny też nic nie wie o tej sprawie".

   Tu wtrącę, że członkiem Prezydium KRS jest prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu - Ewa Barnaszewska. Stąd do Świdnicy zaledwie 55 km. A owym właściwym rzecznikiem dyscyplinarnym jest sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu - Marcin Cieślikowski. Rezyduje zatem równie blisko miejsca pracy domniemanego łapówkarza. Oboje naprawdę nic nie wiedzą, co się dzieje po sąsiedzku? Fakt, że nikt nie ma obowiązku czytać prasy. Ale udawać ślepych i głuchych na sygnały wysokonakładowego czasopisma ogólnopolskiego o bezprawnym postępowaniu ich kolegi po fachu po prostu nie przystoi.

   "W takiej sytuacji - wyjaśnia dziennikarce "Nie" wspomniany Cieślikowski - sprawę powinien wszcząć prokurator. Jeśli prokurator zgłosiłby taką sprawę, wówczas wiedziałbym, że coś się dzieje, ja tymczasem nie mam żadnej wiedzy na temat łapówek sędziego Jedlińskiego".

   Skibniewska informuje, że zaraz po publikacji poprzedniego artykułu o Jedlińskim, pt. "Sędzia bierze w łapę", z redakcją skontaktowała się Krystyna Zarzecka, prokurator Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu. Śledcza ta wydała najpierw postanowienie "o zwolnieniu z tajemnicy dziennikarskiej i żądaniu wydania rzeczy". Chciała, aby przesłać jej oryginały oświadczeń osób wręczających łapówki. Jakby nie wiedziała, że żaden prokurator nie może zwolnić dziennikarza z tajemnicy zawodowej. Może to zrobić tylko sąd, w wyjątkowych i ściśle określonych przypadkach.

   Zarzecka szybko się zreflektowała, bo już nazajutrz wydała nowe postanowienie "o sprostowaniu oczywistej pomyłki pisarskiej". Podtrzymała żądanie wydania oryginałów oświadczeń, odwołała natomiast "zwolnienie z tajemnicy dziennikarskiej". Zarazem poinformowała "o zwolnieniu z tajemnicy zawodowej wydawniczej". Tyle że czegoś takiego zwyczajnie nie ma!

   W swoim trzecim piśmie Zarzecka uchyliła i tę kuriozalną decyzję. A dziennikarze zastraszyć się nie dali i oryginałów oświadczeń jej nie przesłali.

   Skibniewska pisze również, że kierownictwo Sądu Okręgowego w Świdnicy bardziej niż dowodami brania łapówek przez Jedlińskiego zaniepokoiło się przeciekiem szczegółów z rozprawy niejawnej...
 
 

niedziela, 14 października 2012

Lewe prawo (200)


HANIEBNY WYROK

SĘDZIOWSKIEGO "PROKURATORA"

   Instytut Pamięci Narodowej wzbogacił swą systematycznie uzupełnianą stronę internetową http://www.13grudnia81.pl/sip/ o dowód skazania w stanie wojennym działacza "Solidarności" przez Marcina Cieślikowskiego. Dziś jest on sędzią Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu i rzecznikiem dyscyplinarnym dolnośląsko-opolskich sędziów (krótko pełnił nawet obowiązki krajowego rzecznika dyscyplinarnego).

   W zasobach archiwalnych IPN znaleziono ocalone od zniszczenia akta rewizyjne Izby Karnej Sądu Najwyższego w sprawie przeciwko Sylweriuszowi Markowi Kondrackiemu. Cóż on takiego zbroił?

   Wedle prokuratora Edwarda Antoszewskiego z Prokuratury Rejonowej w Jeleniej Górze, oskarżony Kondracki, syn Zygmunta, urodzony 20.06.1948, "będąc członkiem zawieszonego (...) Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność" nie odstąpił od udziału w działalności związkowej, propagując działalność  tego związku poprzez sporządzenie i umieszczenie na autobusie plakatów ze znakiem „Solidarność”, symbolem Polski Walczącej oraz siedmioma krzyżami".

  Tę "zbrodnię", ściganą na podstawie  art. 46 ust. 1 dekretu z 12.12.1981 o stanie wojennym, rozpatrzyli 8.01.1982 trzej sędziowie Sądu Wojewódzkiego w Jeleniej Górze: Marcin Cieślikowski, Franciszek Hiernik (przewodniczący składu) i Eugeniusz Pawlak. Jeszcze tego samego dnia sporządzili wyrok, skazując związkowca, uznanego za winnego popełnienia przestępstwa, na półtora roku więzienia i zapłacenie 3 tys. zł na rzecz Skarbu Państwa, a także obciążając nieszczęśnika kosztami postępowania.

   Rewizje: prokuratora (o wymierzenie Kondrackiemu surowszej kary) i obrońcy (o warunkowe zawieszenie jej wykonania lub obniżenie) rozpoznawał w okresie od 2.02.1982 do 14.04.1982 Sąd Najwyższy w składzie: R. Bodecki (przewodniczący), T. Rybicki i W. Sutkowski (brak w dokumentacji pełnych imion). Oprócz prokuratora Antoszewskiego z Jeleniej Góry, oskarżał Z. Śliwiński z Prokuratury Generalnej.

   SN utrzymał zaskarżony wyrok w mocy,  zobowiązując zarazem Kondrackiego do zapłacenia dodatkowo 6 tys. zł.
 
 

sobota, 13 października 2012

Lewe prawo (199)


KIEROWNICZY SKANSEN PRL

   Znacie charakterystyczne tabliczki na obiektach szczególnie cennych historycznie: "Zabytek chroniony prawem"? Nie ma takowej na siedzibie Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. A powinna być. Nie ze względu na wartość budowli, lecz na kierownictwo tej najważniejszej placówki tzw. wymiaru sprawiedliwości w południowo-zachodniej części kraju.

   Sponsorowany przymusowo przez obywateli, wrocławski SA mógłby się utrzymywać również z biletów wstępu do niego jako kadrowego skansenu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Bo kogóż my tam m.in. widzimy, proszę wycieczki?

   W gabinecie prezesa - Andrzeja Niedużaka, w stanie wojennym sędziego sądu wojskowego w Opolu. W gabinecie wiceprezesa (jedynego) - Barbarę Krameris, w stanie wojennym sędziego sądu powszechnego w Zgorzelcu. W gabinecie rzecznika dyscyplinarnego dolnośląsko-opolskich sędziów - Marcina Cieślikowskiego, w stanie wojennym sędziego sądu powszechnego w Jeleniej Górze. Trwają na swych stolcach niezweryfikowani do dziś.

   To dobrane towarzystwo solidarnie chroni prezesa Sądu Okręgowego we Wrocławiu, członka Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa - Ewę Barnaszewską. Ona akurat żadnego "elementu antysocjalistycznego" w stanie wojennym nie skazywała, ale obecnie też współlideruje niesamowicie zdeprawowanej orzeczniczej sitwie. Np. w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przyzwala na przestępcze wyrokowanie niezawiśle od konstytucji i innych ustaw. A przy okazji integruje się z urzędnikami tegoż ZUS-u na ich imprezie jubileuszowej.
 
 

środa, 16 maja 2012

Lewe prawo (18)


KU PAŃSTWU SĘDZIOTEISTYCZNEMU,

CZYLI ROZSTRÓJ USTROJU

   Obywatele pokrzywdzeni przez tzw. wymiar sprawiedliwości III RP - zapamiętajcie ten cytat: zarówno prezesi sądów, jak i rzecznicy dyscyplinarni sędziów „nie mają uprawnień do ingerencji w treść wydanych przez sądy orzeczeń”. Zrozumieliście? To powtarzajcie sobie te słowa jak mantrę, zamiast np. bezproduktywnie skarżyć się prezydentowi państwa, premierowi, ministrowi sprawiedliwości, posłom czy rzecznikowi praw obywatelskich na niezawisłe od ustaw orzeczenia sądowe. Na podstawie własnych doświadczeń wiem, że na szukanie pomocy u nich (i innych funkcjonariuszy publicznych też) po prostu szkoda czasu!

    Wzmiankowany cytat pochodzi z pisma z 1.10.2010, skierowanego do mnie przez sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu - Marcina Cieślikowskiego. Oddelegowanego wówczas na  krótko do pełnienia obowiązków ogólnokrajowego rzecznika dyscyplinarnego sędziów (wcześniej był i obecnie nadal jest rzecznikiem dyscyplinarnym sędziów dolnośląsko-opolskich).


   Kto zatem ma uprawnienia do ingerencji w treść skandalicznych wyroków i postanowień sądowych - prawomocnych, ale niezgodnych z prawem? W III RP nikt poza samymi sędziami, a i to wyjątkowo! Specyficznych, bo nietykalnych przestępców (ich znak rozpoznawczy: fioletowy żabocik przy czarnej todze) skutecznie chronią „Cieślikowscy”. A im wszystkim naraz całkowitą bezkarność za orzeczniczą samowolkę gwarantują dożywotnie immunitety.

   Najwyższy czas na larum: taka trzecia władza - znaczy: niekontrolowana przez nikogo spoza tego nieprawdopodobnie zdeprawowanego środowiska - sprawia, że postępuje rozstrój ustroju! Trwa proces przekształcania się namiastki państwa prawnego w zagrażające demokracji i sprzyjające autorytaryzmowi państwo (to neologizm chyba wymyślony przez mnie) sędzioteistyczne.