Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawodawstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawodawstwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2013

Lewe prawo (324)


QUO VADIS

   Dokąd zmierzam swoim blogowaniem? Jako politolog z wykształcenia, dziennikarz z zawodu i - na starość - prawnik samouk, korzystam z wolności słowa bez przekraczania jej dozwolonych granic i demonstruję obywatelskie nieposłuszeństwo wobec przestępców na posadach funkcjonariuszy publicznych.

   Dla jasności intencji oświadczam, że od dłuższego czasu nie dążę już do odzyskania pieniędzy, ukradzionych mi na mocy złodziejskich wyroków i postanowień grupy sędziów z Urszulą Kubowską-Pieniążek, Grażyną Josiak, Elżbietą Sobolewską-Hajbert i Anną Sobczak-Kolek na czele. Pogodziłem się z utratą kilkunastu tysięcy złotych. Dążę do poniesienia przez tych aparatczyków tzw. wymiaru sprawiedliwości odpowiedzialności za orzekanie niezawiśle od ustaw. To ewidentne przestępstwo przekroczenia uprawnień nie może pozostać bezkarne!

   Moim celem jest uświadomienie sędziom, że nie ma społecznej zgody na ich samowolkę, na orzekanie ograniczane do kodeksowych sztuczek formalnych, bez stosowania przepisów (zwłaszcza konstytucyjnych) dotyczących meritum rozstrzyganych sporów. 


wtorek, 5 lutego 2013

Lewe prawo (322)


SĘDZIOWIE - ANARCHIŚCI.

NIEZAWIŚLI OD SZEFOWYCH I USTAW

   Polećmy po datach, będących w tym przypadku dowodami na anarchię panującą w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu. Rzecz dotyczy sprawy moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i przyznania mi tylko symbolicznego zadośćuczynienia, bez należnego odszkodowania za wyliczalne straty materialne na skutek bezprawnych (fakt bezsporny) decyzji urzędniczych.

   3.08.2009 gościłem u ówczesnej wiceprezes (obecnie prezes) tej placówki tzw. wymiaru sprawiedliwości - Ewy Barnaszewskiej. Pożaliłem się jej na niezawisłe od ustaw wyroki z 10.06.2008 (pierwszoinstancyjny) i 29.04.2009 (prawomocny), autorstwa Anny Sobczak oraz Elżbiety Sobolewskiej-Hajbert, Anny Kuczyńskiej i Izabeli Bamburowicz.

   4.08.2009 w liście do mnie prezes (wtedy) tegoż SO - Wacława Macińska napisała, że jeśli uważam, iż "zachodzą jakiekolwiek podstawy do wznowienia postępowania", to powinienem złożyć stosowną skargę. Co też niebawem - dokładnie 13.08.2009, niezwłocznie po otrzymaniu tej przesyłki pocztowej - uczyniłem.

   Postanowieniem z 10.09.2009, sędzie Wydziału Cywilnego Odwoławczego SO we Wrocławiu: Urszula Kubowska-Pieniążek (przewodnicząca składu orzekającego) oraz Beata Stachowiak i Ewa Gorczyca odrzuciły moją pierwszą "skargę o wznowienie postępowania" (nazwa niegramatyczna, ale obowiązująca w procedurze). Uznały, że niezastosowanie litery ustaw - czyli najpoważniejsze z możliwych przestępstw służbowych funkcjonariuszy publicznych! - przez Sobczak, Sobolewską-Hajbert, Kuczyńską i Bamburowicz nie jest wystarczającą przesłanką do powtórki procesu.

   Natomiast postanowieniem z 24.01.2011, sędziowie: Grażyna Josiak (przewodnicząca) oraz Kubowska-Pieniążek i Czesław Chorzępa odrzucili moją drugą "skargę o wznowienie postępowania". Tym razem uznali, że nie jest wystarczającą przesłanką do powtórki procesu nawet wyrok Sądu Najwyższego o sygnaturze akt I UK 82/10, który dowodzi trafności mojej interpretacji przepisów ustawowych, a tym samym - zasadności roszczeń odszkodowawczych wobec ZUS na podstawie domniemania prawnego.

   Podkreślam: obie odmowy nastąpiły już po mojej korespondencji z Macińską i wizycie u Barnaszewskiej. Rozumiem prawniczą mantrę, że sędziowie, każdy z osobna, są w swym orzecznictwie niezawiśli od kogokolwiek, od swoich szefów też. Nie rozumiem jednak, dlaczego są oni niezawiśli również od czegokolwiek, a konkretnie od ustaw, którym przecież - na mocy konstytucji - podlegają. Jeśli obie prezeski sądu przyzwalają nadzorowanym na takie oczywiste przekraczanie uprawnień, to muszą się liczyć z zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą (nadużywającą swojej władzy nad obywatelem, już i tak pokrzywdzonym przez innych funkcjonariuszy publicznych).

   Szczególnie skandaliczna jest postawa recydywistki Kubowskiej-Pieniążek, wciąż pozostającej zastępcą przewodniczącego Wydziału Cywilnego Odwoławczego SO we Wrocławiu. Trzymanie jej na tej funkcji administracyjnej, niechronionej immunitetem, kompromituje głównie prezes Barnaszewską, będącą zarazem członkiem - wyznaczającego sędziom standardy zawodowe i etyczne - Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa.


niedziela, 3 lutego 2013

Lewe prawo (320)


ZŁODZIEJSKA SAMOWOLKA

   Od wypichconego przez Annę Sobczak niestrawnego wyroku z 10.06.2008 prześladuje mnie refleksja, po jaką cholerę obywatelowi taki sąd, który uznawszy mnie za ofiarę ZUS-owskiego bezprawia przyznaje mi rekompensatę finansową za doznane krzywdy niższą od poniesionych obowiązkowych kosztów procesu? O kant dupy rozbić taki "wymiar sprawiedliwości"! - reaguję rozeźlony. Po bliskich spotkaniach z wyrokującymi "w imieniu RP" czuję się jak ktoś okradziony przez złodziei. A potem jeszcze - co prawda tylko raz, w dokumencie z 19.05.2009 - zastraszany przez Ewę Barnaszewską, że jeśli swoją pisaniną "o treści obraźliwej pod adresem sędziów" będę "naruszał powagę wymiaru sprawiedliwości" - może to "pociągać za sobą odpowiedzialność karną".

   Wciąż też rozmyślam, kiedy wreszcie w sądach przestaną wyrokować bezprawnicy w togach, uzurpujący sobie niezawisłość nawet od konstytucji i innych ustaw? Mam zagwozdkę, do kogo w naszym "państwie prawa" zwrócić się o sensowną odpowiedź na to pytanie, skoro tzw. trzecia władza jest niezależna od każdej innej i robi co jej się żywnie podoba, bo aparatczyków Temidy przed odpowiedzialnością karną za przestępcze nadużywanie uprawnień pod korupcjogenną przykrywką "swobodnej oceny dowodów" skutecznie chroni immunitet.


sobota, 2 lutego 2013

Lewe prawo (319)


ZAUWAŻĄ PRZECINEK,
 
 NIE WIDZĄ LITERY PRAWA
 
   Polscy sędziowie durniami raczej nie są. Jeśli tylko mają uzasadnić swoje racje, potrafią być drobiazgowi i zinterpretować na własną korzyść istnienie lub brak w przepisach choćby tylko przecinka. Spektakularnym przykładem: historia takiego znaku interpunkcyjnego w jednej z nowelizacji Kodeksu karnego z 3.10.2003. Pojawiający się i znikający przecinek poważnie zmieniał sens art. 156 par. 1 tej ustawy, na którego podstawie sąd może wymierzyć do 10 lat więzienia sprawcy "ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".

   Zarazem polscy sędziowie - przynajmniej niektórzy - bywają przerażająco amoralni. Kiedy nie chcą się przyznać do oczywistych błędów, do orzekania na szkodę pokrzywdzonego, potrafią nadużywać niemal nieograniczonej władzy, gwałcąc nawet swą konstytucyjną podległość ustawom. W mojej sprawie chronią ich tacy wysocy strażnicy zasad etyki zawodowej funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, jak członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa, prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu Ewa Barnaszewska oraz rzecznik dyscyplinarny dolnośląsko-opolskich sędziów Marcin Cieślikowski. Oni też udają niezdolność zrozumienia, że litera prawa, konkretnie treść art. 2 ust. 1 pkt 2 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz art. 2 ust. 3 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych, stanowi wystarczający dowód zasadności moich roszczeń odszkodowawczych za poniesienie strat finansowych na skutek - stwierdzonego ponad wszelką wątpliwość - bezprawia ZUS.


piątek, 1 lutego 2013

Lewe prawo (318)


GDZIE SMOŁA JEST BIAŁA,

A MLEKO - CZARNE

   Patologie w polskim tzw. wymiarze sprawiedliwości osiągnęły stan krytyczny. Wymagają leczenia przymusowego - psychiatrycznego w pierwszej kolejności.

   Sędziowie sami siebie wybierają. Najchętniej spośród własnych córeczek (rzadziej synusiów, co widać po również niepokojącej feminizacji tego zawodu) lub przynajmniej spośród swoich pociotków - niekoniecznie najiteligentniejszych.

   Sędziowie sami siebie uważają za nieomylnych. Władnych, w ramach przysługującej im swobodnej oceny dowodów, dowolnie orzec, że np. mleko jest czarne, a smoła - biała (zapewne przesadzam, ale tylko troszkę).

   Insynuacje? No to parę wciąż aktualnych konkretów.

   Sędziowie uzurpują sobie nawet niezawisłość od ustaw, którym skądinąd podlegają konstytucyjnie. Świadectwem takiego bezkarnego nadużywania władzy jest sprawa moich roszczeń finansowej wobec ZUS, w której na żadnym etapie postępowania, z odwoławczym i skargowym włącznie, nie zastosowali oni litery prawa dotyczącej meritum sporu.

   Sędziowie tworzą własne prawdy historyczne. Przykładem ukaranie Krzysztofa Wyszkowskiego za to, że odważył się publicznie nazwać Lecha Wałęsę "Bolkiem" - tajnym współpracownikiem PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa.

   Jeśli obywatele będą przyzwalać sędziom na samowolkę, to ci w swoim rozzuchwaleniu wkrótce mogą skazywać ich za cokolwiek. Choćby za niepoprawne politycznie kojarzenie posłanki Ruchu Palikota - Anny Grodzkiej z aktywistą PZPR - Krzysztofem Bęgowskim.


niedziela, 27 stycznia 2013

Lewe prawo (313)


OCHRONA TO NIE WYŁĄCZNOŚĆ!

   Ja bardzo przepraszam, ale przed chwilą (jest niedzielne południe, 27.01.2013), podczas wysłuchiwania radiowo-telewizyjnych sporów posłów, będących za lub przeciw ustawowej legalizacji związków partnerskich, nie tylko gejowskich, moje wnerwienie na prawno-językowy debilizm politycznych legislatorów osiągnęło apogeum.

   Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin i jego wyznawcy argumentują, że śluby par tej samej płci byłyby niezgodne z artykułem 18 Konstytucji RP. Przypomnę więc, że przepis ten ma następujące brzmienie: "Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej".

   Artykuł 18 ustawy zasadniczej zobowiązuje zatem państwo do ochrony par heteroseksualnych oraz do opieki nad nimi i ich dziećmi, a wyklucza co najwyżej bigamię czy poligamię. W żadnym razie nie stanowi o wyłączności takich monogamicznych związków i nie uniemożliwia usankcjonowania współżycia ze sobą osób tej samej płci!

   Proste? Nie dla uszczęśliwiaczy na siłę - katolickich fundamentalistów (ortodoksów) i im podobnych dogmatyków (doktrynerów).

   Na marginesie oświadczam, że nie jestem pedałem ani byłym esbekiem. To tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś chciał ze mną "polemizować" i nie miał innych argumentów przeciwko mnie.


wtorek, 22 stycznia 2013

Lewe prawo (307)

 
BRONIĘ PRAWA PRZED SĘDZIAMI

   Wiem, że nasze fantastyczne "państwo prawa" choruje na legislacyjną biegunkę. Namaszczeni przez głosującą część narodu (pogratulować wyboru) parlamentarni dyletanci co rusz dostają rozwolnienia i wydalają z siebie ustawową sraczkę nie trzymającą się kupy. Wiem też, że sędziowie muszą się w tym gównie babrać. Podlegają mu przecież konstytucyjnie.

   Co jednak nijak nie usprawiedliwia np. sędziów cywilistów z Wrocławia, którzy uważają siebie za niezawisłych nawet od norm ustawowych, zarówno od tych zupełnie absurdalnych, jak i od całkiem sensownych. Zademonstrowali to dobitnie w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, uznając obowiązujące przepisy za najzwyczajniej nieistniejące!

   Dlatego z takim uporem bronię prawa (jakie ono jest) przed sędziami. A walkę z ich przestępczą samowolką uważam za swój obywatelski obowiązek.


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Lewe prawo (290)

 
HAK NA SAMOWOLNYCH SĘDZIÓW
 
   Co zrobić, aby antykonstytucyjna samowolka orzecznicza funkcjonariuszy tzw. wymiaru sprawiedliwości III RP przestała być bezkarna? Wystarczyłoby uchwalić w parlamencie paragraf stanowiący, że immunitet nie chroni przed odpowiedzialnością w przypadku, gdy sędzia ograniczy się do zastosowania przepisów kodeksowych (formalnych), pomijając literę ustaw, które dotyczą istoty (meritum) rozstrzyganej sprawy. Wszak "iura novit curia". A jeśli reprezentant sądu prawa nie zna lub je ignoruje, przekraczając swoje uprawnienia, to zamiast decydować o ludzkich losach, powinien zostać z zawodu zaufania publicznego wyeliminowany.


niedziela, 6 stycznia 2013

Lewe prawo (289)

 
CZARNA LISTA SĘDZIÓW
 
 - BEZKARNYCH PRZESTĘPCÓW
 
   Szczytem hucpiarstwa prawnego sędziów III RP jest wyłączenie siebie spod jakiejkolwiek odpowiedzialności za orzekanie niezawiśle od konstytucji i innych ustaw. To najpoważniejsze przestępstwo służbowe, zarzucane funkcjonariuszom publicznym, będący nimi aparatczycy tzw. wymiaru sprawiedliwości popełniają zupełnie bezkarnie i nikt im za tę samowolkę nie może nic zrobić (z wyjątkiem nagłaśniania ich przekrętów w internecie przez co odważniejszych pokrzywdzonych).

   Nie godząc się na bezprawie grupy wrocławskich sędziów i okazując im obywatelskie nieposłuszeństwo, publikuję wybiórczy spis przestępców przebranych w czarne togi z fioletowym żabocikiem i zdobnych w łańcuchy z orłem w koronie. Kolejność - wedle zasług w orzekaniu "w imieniu RP" w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

   1. Urszula Kubowska-Pieniążek (zastępca przewodniczącego Wydziału Cywilnego Odwoławczego Sądu Okręgowego, recydywistka).

   2. Grażyna Josiak.

   3. Elżbieta Sobolewska-Hajbert.

   4. Anna Sobczak-Kolek.

   5. Czesław Chorzępa.

   6-7. Beata Stachowiak i Ewa Gorczyca.

   8-9. Anna Kuczyńska i Izabela Bamburowicz.

   Podstawą sporządzenia tej - nomen omen - czarnej listy są podpisane przez wymienionych wyroki albo postanowienia, w których na próżno szukać śladu zastosowania lub choćby tylko rozważenia przepisów dotyczących meritum moich żądań odszkodowawczych za nielegalne i wyrządzające mi wymierne szkody majątkowe decyzje urzędników ZUS.

   Uzupełnieniem niech będzie wykaz służbowych patronów przestępców przekraczających uprawnienia.

   1. Ewa Barnaszewska - prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu, członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa.

   2. Andrzej Niedużak - prezes Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego przy ministrze sprawiedliwości.

   3. Marcin Cieślikowski - rzecznik dyscyplinarny dolnośląsko-opolskich sędziów.

   To oni bowiem - podpadając pod nazwanie ich poplecznikami - przyzwalają nadzorowanym na nadużywanie władzy.


piątek, 4 stycznia 2013

Lewe prawo (287)


   Tym razem - dwa uzupełniające się teksty archiwalne z listopada 2009. Aby były wciąż w pełni aktualne, wystarczy poprawić funkcję Ewy Barnaszewskiej (obecnie jest prezesem Sądu Okręgowego we Wrocławiu), miejsce pracy i nazwisko Anny Sobczak (teraz orzeka w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Pragi Północ jako Anna Sobczak-Kolek) oraz dopisać Grażynę Josiak i Czesława Chorzępę (w przedostatnim akapicie pierwszego felietonu).
 
JAK KROWIE NA ROWIE

   A to ciekawe…

   W nieświętej pamięci Konstytucji PRL ogrom możliwości - także za komuny - tzw. trzeciej władzy regulował artykuł 62: "Sędziowie są niezawiśli i podlegają tylko ustawom".

   W obowiązującej Konstytucji RP został on zastąpiony niemal identycznym, lecz bardziej rozwiniętym artykułem 178: "Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom".

   Z mojego dziennikarskiego punktu widzenia, w nowej wersji razi "masło maślane", wszak konstytucja to też ustawa - zasadnicza, ale jednak. Niemniej rozumiem, że chciano dać szansę prawnikom inteligentnym inaczej (a takich ci wśród nich dostatek) i sformułowano przepis łopatologicznie, aby zawodowi interpretatorzy pojęli, co jest prawem nadrzędnym.

   Tak czy siak, i w PRL-u, i w RP podkreślono w konstytucji ścisłą współzależność orzeczniczej niezawisłości sędziów z ich podległością ustawom. A to oznacza ni mniej, ni więcej, że wyrokujący w imieniu państwa nie mają władzy absolutnej, że muszą swoje widzimisię ograniczać.

   Tymczasem w moim procesie cywilnym o odszkodowanie za bezprawie ZUS perły wrocławskiej Temidy: Anna Sobczak, Elżbieta Sobolewska-Hajbert, Anna Kuczyńska, Izabela Bamburowicz, Urszula Kubowska-Pieniążek, Beata Stachowiak i Ewa Gorczyca oraz ich "matka chrzestna" Ewa Barnaszewska (nadzorująca je wiceprezes miejscowego Sądu Okręgowego i zarazem członek Krajowej Rady Sądownictwa) demonstrują wciąż (mamy 15.11.2009) skandaliczną wybiórczość. Bronią swej niezawisłości jako bezkarnej samowolki, bezczelnie zbywając milczeniem (pierwsza czwórka z ósemki wymienionych być może z niewiedzy, pozostałe - już w pełni świadomie) treść art. 2 ust. 1 pkt 2 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz art. 2 ust. 3 pkt 1 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych.

   Wygląda to tak, że ja im tłumaczę jak krowie na rowie, a one na ten temat ani me, ani be, ani kukuryku. Jakby nie kumały, w czym sęk (przypominając nieco Kubę Goldberga dialogującego z Benkiem Rapaportem w pamiętnym skeczu z kabaretu Dudek).

MYŚLENIE BOLI (SĘDZIÓW)

   W czym sęk? Sęk w tym, że Anna Sobczak z Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Śródmieścia i jej ochroniarki z "okręgówki", przekraczając konstytucyjne ograniczenia swojej władzy, ubzdurały sobie, abym udowodnił coś, co wynika samo przez się z art. 2 ust. 1 pkt 2 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz art. 2 ust. 3 pkt 1 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych.

   Przepisy są jednoznaczne. Po ich przeczytaniu ze zrozumieniem, miałem pełną świadomość, że gdybym podczas trwania sporu z ZUS-em, między 26.09.2006 a 12.07.2007, podjął jakąkolwiek pracę zarobkową, to utraciłbym nie tylko zasiłek dla bezrobotnych, także świadczenie przedemerytalne. O które przecież wtedy walczyłem. I które już wtedy mi się należało jak psu buda.

   Dowodem na to, że na skutek ZUS-owskiego bezprawia poniosłem straty finansowe, miałoby być oświadczenie jakiegoś szefa redakcji, że między 26.09.2006 a 12.07.2007 mogłem dorobić u niego pisaniem tekstów dziennikarskich za wierszówkę. Sędzie, zamiast same zapytać o taką możliwość któregokolwiek redaktora naczelnego i otrzymać od niego odpowiedź twierdzącą (nieetatowa współpraca wynagradzana honorariami to w prasie i innych mediach normalka) - domagały się tego ode mnie. Spełniając tę zachciankę funkcjonariuszek tzw. wymiaru sprawiedliwości, zrobiłbym z siebie głupka. Albo kombinatora.

   Jeśli bowiem odwiedziłbym dowolną redakcję między 26.09.2006 a 12.07.2007 i zaproponował swoje teksty, po czym zachęcony do roboty odmówił pisania, tłumacząc się, że przepisy mi nie pozwalają - wyszedłbym na pojeba, który nie wiadomo po co przylazł i czego w ogóle chce. Może ja też wyglądam na debila (kto z kim przystaje...), ale aż takim nie jestem.

   Jeżeli natomiast nawiedziłbym redakcję w terminie późniejszym, by poniewczasie załatwić zaświadczenie, że mogłem dostawać wierszówkę, gdybym między 26.09.2006 a 12.07.2007 zaoferował swoje teksty do druku - wyszedłbym z kolei na cwaniaczka, który próbuje załatwić lewy kwit w niejasnych intencjach. Taka wizyta "po prośbie" byłaby i dwuznaczna, i upokarzająca.

www.adam-klykow.blog.onet.pl

pro1@onet.eu 

czwartek, 3 stycznia 2013

Lewe prawo (285)


   Kolejne teksty archiwalne z mojego "Bloga weredyka" z czerwca 2009. Drugi jest uzupełnieniem pierwszego.  

W PUŁAPCE PRZEPISÓW

   Pomogę wrocławskim sędziom - w szczególności tak dbającej o powagę wymiaru sprawiedliwości Ewie Barnaszewskiej [ówczesna wiceprezes, a obecnie prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu - przypisek z 3.01.2013] oraz Elżbiecie Sobolewskiej-Hajbert, Annie Kuczyńskiej i Izabeli Bamburowicz [skład orzekający Wydziału Cywilnego Odwoławczwego SO] - odpowiedzieć precyzyjnie na pytanie, dlaczego w okresie od 26.09.2006 do 12.07.2007, czyli w czasie bezprawnego odmawiania mi przez ZUS należnego świadczenia przedemerytalnego, pobierając zasiłek dla bezrobotnych nie mogłem dorobić do niego jakąkolwiek pracą zarobkową nawet symbolicznej złotówki. Oferowanie wtedy komukolwiek swoich usług dziennikarskich za wierszówkę byłoby po prostu nielegalne, zagrożone grzywną nie niższą niż 500 zł.

   W art. 2 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy z 20.04.2004 zapisano m.in.: "Ilekroć w ustawie jest mowa o (…) bezrobotnym - oznacza to osobę (…) niezatrudnioną i niewykonującą innej pracy zarobkowej".

   Natomiast art. 2 ust. 3 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych z 30.04.2004 stanowi: "Świadczenie przedemerytalne przysługuje osobie (…) po upływie co najmniej 6 miesięcy pobierania zasiłku dla bezrobotnych (…) jeżeli osoba ta spełnia łącznie następujące warunki: 1) nadal jest zarejestrowana jako bezrobotna" itd.

   Przypomnę też Barnaszewskiej i jej korporacyjnym wspólnikom, że widzimisię sędziów nie jest nieograniczone.

   Art. 178 ust. 1 obowiązującej Konstytucji RP z 2.04.1997 brzmi: "Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom".

   Natomiast art. 45 ust. 1 tejże ustawy zasadniczej stanowi: "Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd".

   Zrozumiano? A może ja - nie prawnik - mam tłumaczyć prawnikom jeszcze jaśniej?

TO NADUŻYCIE WŁADZY!

   Mój znajomy, prawnik z wykształcenia, ale niepraktykujący, autoironicznie nazywający siebie kauzyperdą, zwrócił uwagę, że gdyby w III RP wszyscy obywatele naprawdę byli równi wobec prawa, to wówczas autorki wyroku z 29.04.2009: Elżbieta Sobolewska-Hajbert, Anna Kuczyńska i Izabela Bamburowicz musiałyby się nieźle nagimnastykować, by wykręcić się od zarzutu popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień, ściganego z artykułu 231 Kodeksu karnego. Czyż bowiem nie jest nadużyciem przez nich władzy naruszenie artykułu 178 konstytucji, tego o podleganiu przez sędziów ustawom, zarówno zasadniczej, jak i zwykłym?

   Ustawowe przepisy są jednoznaczne. Warunkiem otrzymania świadczenia przedemerytalnego jest legitymowanie się statusem bezrobotnego zarejestrowanego w urzędzie pracy. Żeby być tam zarejestrowanym, nie można wykonywać żadnej pracy zarobkowej. Zatem domaganie się ode mnie, abym w takich biurokratycznych realiach udowodnił możliwość dorabiania do zasiłku dla bezrobotnych, to nie tylko absurd, lecz przede wszystkim bezprawie!
 
 

czwartek, 6 grudnia 2012

Lewe prawo (256)


INFORMACJA PUBLICZNA
 
I KULTURA TAJNOŚCI

   Skorzystałem - jak rzadko - z jednego z zaproszeń od znajomego wrocławskiego prawnika i działacza społecznego Michała Syski, dyrektora Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle'a. Wybrałem się 5.12.2012 na zorganizowaną przezeń konferencję "Masz prawo wiedzieć! Dostęp do informacji publicznej jako podstawa rozwoju społeczeństwa obywatelskiego na Dolnym Śląsku".
 

   Na imprezie w hotelu Tumskim, współfinansowanej przez samorządowe władze wojewódzkie, pojadłem (w programie był obiad, mięsożerny i wegetariański do wyboru) i popiłem (przy wodopoju z kawą, herbatą, sokami i mineralną ze słodką zagrychą). A przy okazji trochę się doedukowałem na tytułowy temat, czytając specjalnie wydany niezbędnik, tudzież słuchając m.in. wystąpień Krzysztofa Izdebskiego z Pozarządowego Centrum Informacji Publicznej i Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich oraz Przemysława Sadury z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.

   Wróciłem do domu z przeświadczeniem, że ustawa z 6.09.2001 o dostępie do informacji publicznej (współbrzmiąca  z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz z art. 61 Konstytucji RP) to wciąż bardziej prawna fikcja niż realizm. W naszym fantastycznym państwie nadal bowiem panuje - jak się obrazowo wyraził Sadura - "kultura tajności".

   Na wyobraźnię zadziałał mi zwłaszcza jeden przykład z anonimowego badania naukowego. Otóż w którymś z urzędów gminnych urzędnik odmówił socjologowi (występującemu pod przykrywką, jako tzw. tajemniczy obywatel) udzielenia ustnej informacji o osobach, którym ten samorząd umorzył podatki. Tymczasem imienna lista tych, którzy z takiej możliwości skorzystali, wisiała tam na ogólnodostępnej tablicy ogłoszeń! Mniemam, że "kultura tajności" bierze się stąd, że urzędnikowi za nawet przesadną tajemniczość wobec obywatela chcącego się czegoś (np. o wydatkach urzędu) dowiedzieć raczej nic nie grozi, natomiast za zbytnią otwartość - i owszem.

     Co radziłbym zapamiętać? Że udostępnienie informacji publicznej na wniosek obywatela powinno następować bez zbędnej zwłoki, najpóźniej w terminie 14 dni. I że żądając jakichś danych o urzędniku państwowym czy samorządowym nie możemy naruszać jego prawa do prywatności.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Lewe prawo (253)

 
PATRONI SAMOWOLKI

   Gdyby Ewa Barnaszewska (prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu, członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa) i Andrzej Niedużak (prezes Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, członek działającej przy ministrze sprawiedliwości Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego) wykazali choć odrobinę dobrej woli, wystarczyłaby im kilkuminutowa analiza litery ustaw: o świadczeniach przedemerytalnych oraz o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, by stwierdzić, że nadzorowani przez nich sędziowie z Urszulą Kubowską-Pieniążek, Grażyną Josiak, Elżbietą Sobolewską-Hajbert i Anną Sobczak-Kolek (kolejność nieprzypadkowa) na czele swymi orzeczeniami w sprawie moich roszczeń finansowych wobec ZUS niewątpliwie nadużyli władzy. W normalnym państwie powinni być ścigani z artykułu 231 paragraf 1 Kodeksu karnego, za przestępstwo przekroczenia uprawnień.

   Na razie Barnaszewska i Niedużak wciąż okazują wyłącznie złą wolę i zamiast racjonalnego wyjaśnienia tego skandalu, bezrozumnie powtarzają jak pacierz, że każdy sędzia orzeka niezawiśle i również im - przełożonym - nic do absurdalnych wyroków i postanowień. Nawet jeśli wynika z nich jednoznacznie, że odszkodowanie za straty finansowe, wyliczalne na podstawie oficjalnego dokumentu ZUS co do grosza, pokrzywdzonemu (czyli mnie) się nie należy tylko dlatego, ponieważ nie udowodnił on próby podjęcia pracy zarobkowej w czasie, w którym nie zezwalały mu na nią obowiązujące przepisy ustawowe.

   Barnaszewska i Niedużak wolą się kompromitować, udając niepełnosprawnych intelektualnie. Tylko że rżnąc głupa narażają się zarazem na zasadny zarzut bycia matką chrzestną i ojcem chrzestnym wrocławskiej zorganizowanej grupy przestępczej, uprawiającej samowolkę na posadach funkcjonariuszy publicznych i finansowanej przymusowo przez terroryzowanych obywateli - podatników.


piątek, 23 listopada 2012

Lewe prawo (243)


 JAK ZYSKAĆ, BY STRACIĆ

     Połączenie idiotycznego prawa, stanowionego przez (p)osłów - wybrańców narodu, z jego stosowaniem przez funkcjonariuszy publicznych, wyróżniających się debilizmem, skutkuje systematycznym ubogacaniem skarbca polish jokes. Oto kolejna perełka tubylczej bezmyślności.

    Szpital Wojewódzki w Bielsku-Białej dostał wezwanie z Ministerstwa Zdrowia. Bo nie zwrócił resortowi 10 (słownie: dziesięciu) groszy z niewykorzystanej dotacji na pensje dla lekarzy uczących się specjalizacji. Aby ten dług odzyskać, urzędnicy ministerstwa wysłali do szpitala list polecony za 4 złote. Za tępotę rządowych służbistów zapłacili de facto obywatele - podatnicy.

   W piśmie do "Gazety Wyborczej", która tę głupotę wytropiła, kierownictwo MZ wytłumaczyło ze śmiertelną powagą, godną ich intensywnej pracy umysłowej, że "niedochodzenie należności stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych". W stosownej ustawie jest co prawda dodatkowy artykuł, pozwalający na umorzenie długu, gdy "zachodzi uzasadnione przypuszczenie, że w postępowaniu egzekucyjnym nie uzyska się kwoty wyższej od kosztów dochodzenia", ale wtedy szefostwo szpitala musiałoby zwrócić się z prośbą w tej sprawie, czego ono nie zrobiło.

   I na szczęście - pomyślałem - bo wówczas wymiana papierów z pieczątkami za pośrednictwem tradycyjnej poczty (wygląda na to, że mejle są w takich przypadkach wciąż "nieprawomocne") podrożyłaby odzyskiwanie 10 gr jeszcze bardziej!
 
   PS. A propos polish jokes, ale w tzw. wymiarze sprawiedliwości. Właśnie wyczytałem, że gdański sąd, który zadecydował o aresztowaniu szefa parabanku Amber Gold - Marcina P., jeszcze miesiąc później słał korespondencję do niego na jego prywatny adres zamieszkania.
 
 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Lewe prawo (238)

 
A TO DEMOKRACJA WŁAŚNIE

   Lubię zaglądać do bloga Roberta Gwiazdowskiego, znanego prawnika i ekonomisty. Zazdroszczę mu nie tylko tajemnej dla mnie wiedzy gospodarczej, ale i ciekawych komentarzy jego czytelników.

   Np. w najnowszym poście Gwiazdowski skwitował wyniki konkursu sejmowej komisji "Przyjazne państwo" na najbardziej absurdalny polski przepis. Zwyciężył ten, który posiadaczowi prawa jazdy kategorii D zezwala na prowadzenie autobusów pełnych pasażerów, nie daje mu jednak uprawnień do kierowania zwyczajnym samochodem osobowym.

   "Ciekawe, za co biorą pieniądze posłowie? Za uchylanie uchwalonych przez siebie głupot, które wskażą im obywatele?" - pyta retorycznie Gwiazdowski, podsumowując bogaty plon konkursu (ponad 28 tys. zgłoszeń).

   Wśród komentatorów tego posta wyróżnia się internauta o nicku Waldek. Dowodzi on, że największym absurdem jest… demokracja. W tym ustroju głos wyborczy obywatela szanowanego i uczciwego przegrywa z dwoma głosami leni i obiboków spod budki z piwem. I co najbardziej odrażające, to o te dwa głosy biją się kandydaci na radnych czy posłów!

   Jeszcze jedna refleksja Waldka: "Demokracja to system, w którym ci, którzy najbardziej na niej zyskują, tak naprawdę gardzą nią, a ci, którzy najbardziej dostają od niej po dupie, wspierają swoimi głosami. Czy może być coś bardziej absurdalnego?!".

   Podpisuję się też obiema rękami pod opinią wtrącającego swoje trzy grosze internauty o nicku Georg: "Pan Waldek wyraziście opisał obraz szamba, w którym żyjemy. Nie pozostaje nam nic innego, jak „kanalizowanie” naszych stanowisk na blogach".

[tekst archiwalny z 06.2008]
 
 

czwartek, 25 października 2012

Lewe prawo (212)


WYROK GŁUPSZY

NIŻ PRZEWIDUJE USTAWA
 
   Co udowodnili w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wrocławscy sędziowie cywiliści? Dobre pytanie.

   Odpowiadam: udowodnili otóż, że sąd orzekający w imieniu RP, a konkretnie jedna niedouczona asesor, może dodatkowo upokorzyć pokrzywdzonego, upodlonego już wcześniej przez ZUS - drukując bezsensowny wyrok. Rażąco niesprawiedliwy i ewidentnie sprzeczny z obowiązującymi przepisami. Udowodnili też, że cała procedura odwoławcza nic poszkodowanemu nie da, jeśli pokrzywdzony natrafi na mur sędziów wyższej instancji, bezkrytycznie solidarnych z asesor. Bo każda pojedyncza osoba w czarnej todze z fioletowym żabocikiem jest w swoim orzecznictwie - tłumaczono mi jak krowie na rowie - niezawisła od kogokolwiek ze swoich szefów. Wygląda na to - wnioskowałem na podstawie faktów - że niezawisła również od czegokolwiek, w tym od ustaw, którym konstytucyjnie podlega li tylko dla picu.

   Jesteś ofiarą sądowego - nazywając najdelikatniej - błędu? Sam musisz za czyjąś - znów określając najsubtelniej - pomyłkę płacić.

   Ta jawna granda (dziejąca się w mojej sprawie pod miłościwym dla "swoich" patronatem prezes Sądu Okręgowego Ewy Barnaszewskiej, która jako członek Krajowej Rady Sądownictwa powinna szczególnie czuwać nad przestrzeganiem zasad etyki zawodowej sędziów) nie byłaby możliwa, gdyby funkcjonariusze tzw. wymiaru sprawiedliwości, zdemoralizowani niemal nieograniczoną władzą nad cudzymi losami, nie mieli poczucia pełnej bezkarności. Oni doskonale wiedzą, że nie można skazać za przestępstwo kogoś, kogo chroni dożywotni immunitet, choćby udowodniono mu masakrowanie prawa wedle własnego widzimisię. Byle tylko prywatnie nie popełnili jakiegoś wykroczenia drogowego czy tym podobnej zbrodni. Za to ich rzecznik dyscyplinarny czasem potrafi rozliczyć.
 
   Powiada się, że coś jest głupsze niż przewiduje ustawa. Wyrok z 10.06.2008, firmowany przez ówczesną asesor Annę Sobczak i przez wspierające ją starsze koleżanki i kolegę po fachu, przyznający mi symboliczne zadośćuczynienie i zerowe - mimo udokumentowania strat finansowych z groszową dokładnością - odszkodowanie, podpada pod to porzekadło idealnie.


sobota, 6 października 2012

Lewe prawo (191)


   Warta przypomnienia duperelka z archiwum mojego "Bloga weredyka…"

PARLAMENT UCHYLIŁ PRZEPISY…
 
JUŻ NIEISTNIEJĄCE

   14.07.2010 Trybunał Konstytucyjny uznał za niekonstytucyjną nowelizację przepisów, których nie było! Nie do wiary, ale Polak u władzy potrafi robić i takie numery.

   18.06.2009 Sejm zmienił ustawę o obrocie instrumentami finansowymi, skreślając z niej dwa przepisy. Tyle że dokładnie te same przepisy zostały przezeń usunięte już 4.09.2008. Zauważyła to dopiero kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

   Sędziowie TK podzielili opinię głowy państwa, że "dopuszczenie do takiego chaosu legislacyjnego świadczy o wysokim stopniu niestaranności ustawodawcy". Konkretyzując i uczłowieczając - dowodzi to produkowania kompromitujących bubli prawnych przez posłów i senatorów, wybranych przez obywateli na swój obraz i podobieństwo.

   Szkoda słów.
 
 

piątek, 28 września 2012

Lewe prawo (183)


POD JURYSDYKCJĄ CYBORGÓW

   Z mojego - faceta o szczątkowej, ale zawsze jakiejś tam inteligencji - punktu obserwacyjnego, wrocławska sędzia Anna Sobczak stanowi niemal modelowy przykład prawniczego cyborga o ograniczonych zdolnościach i niekontrolowanej władzy. Jest okazem człowieka-maszyny, wyprodukowanego przez uczelnię i ukształtowanego przez korporację, wyalienowanego z gardzonego przez siebie społeczeństwa, choć żywiącego się z jego podatków.

   Sobczak potrafi klepać, niczym zdrowaśki, paragrafy Kodeksu cywilnego i Kodeksu postępowania cywilnego, bo - jak mniemam - akurat z formalizmami i różnymi kruczkami uprzykrzającymi życie stron procesu jest obkuta na blachę. Intelektualne schody zaczynają się dla niej, gdy próbuje rozpoznać meritum konkretnej sprawy. Każda bowiem wymaga rzetelnego wczytania się w jeszcze jakieś (poza Kc i Kpc) ustawy oraz sensownego zastosowania właściwych artykułów, ze zrozumieniem ich litery i - co z pewnością nie zaszkodziłoby autorytetowi funkcjonariuszki publicznej, tudzież powadze sprawowanego przez nią urzędu - ducha.

   A tu masz babo placek! Toga i łańcuch z orłem w koronie nie wystarczają, aby orzekać w imieniu państwa rozsądnie, obiektywnie i sprawiedliwie. Damskiemu cyborgowi najzwyczajniej nie staje implantów wiedzy i doświadczenia. Te podstawowe braki próbuje więc nadrabiać ostentacyjną pewnością siebie graniczącą z arogancją. Charakteryzuje się to zwłaszcza demonstrowaniem, z marsową miną i czasem sadystyczną satysfakcją, swej wyższości nad pokrzywdzonym. Widzimisię wybranki Temidy (czytaj: namaszczonej przez samych swoich z sądowej mafii) góruje nawet nad barierami konstytucyjnymi. Dożywotni immunitet ma przecież gwarantować bezkarność w nadużywaniu "swobodnej oceny dowodów" i uprawianiu inszej samowolki. No i mamy jak na dłoni ilustrację znanej skądinąd sentencji, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie.

   Ja jednak nie dopuszczę do zamiecenia skandalicznego wyroku Sobczak z 10.06.2008 (na mocy tego orzeczenia dostałem od ZUS-u tylko symboliczne zadośćuczynienie, bez należnego odszkodowania) pod dywan. Wszak żyjemy - na moje szczęście - w czasach demokracji internetowej i żadnego przekrętu nie uda się już ukryć gdzieś pod archiwalnym kurzem, a tym bardziej pozostawić bez żadnego śladu.

   Nie dam sobie wmówić, że czarne jest białe (ewentualnie na odwyrtkę, abym miał z czego wybierać). Swej krzywdzicielce, która do dziś, ponad cztery lata "po", wciąż idzie w zaparte i nie przyznaje się, przynajmniej oficjalnie, do popełnienia oczywistego błędu, nie daruję upokorzeń, doznanych na skutek jej nieudolności i buty.

   Zaszantażować mnie - emeryta bez nałogów, długów i jakichkolwiek innych poważnych grzechów czy zobowiązań wobec kogokolwiek - nie sposób. Zastraszyć zresztą też. Trzeba byłoby najsampierw udowodnić, że pisząc o faktach rozpowszechniam nieprawdę. A na emocjonalną (taki mam charakterek!) krytykę sędziowskiego bezprawia pozwala mi - jak każdemu obywatelowi III RP i na dodatek dziennikarzowi - wolność słowa.


piątek, 21 września 2012

Lewe prawo (175)

 
SĘDZIOWSKI NOS
 
MINISTRA SPRAWIEDLIWOŚCI

   Jak było do przewidzenia, togowi bezprawnicy przyczepili się, odwracając uwagę od istoty sprawy, do wyrwanych z kontekstu słów Jarosława Gowina: "Mam w nosie literę przepisów". Chciał on przez to powiedzieć w imieniu zwykłych obywateli, że należy przestrzegać również ducha ustaw, czyli czegoś, co nazywamy sprawiedliwością.

   Niemniej muszę się zgodzić z opinią, że akurat te słowa Gowina były niefortunne. Tym bardziej, że on, zarówno jako minister sprawiedliwości, jak i poseł, nie powinien mieć litery przepisów w nosie czy gdziekolwiek indziej (niech nie bierze przykładu z samowolnych sędziów!), ma bowiem możliwość ją po prostu poprawiać (w rządzie i Sejmie).
 
 

Lewe prawo (173)

  
SITWA "NIEZAWISŁYCH"
 
POD SPECJALNYM NADZOREM

   Każdy sędzia jest w swym orzecznictwie niezawisły od kogokolwiek, również od swojego zwierzchnika służbowego - powtarzają jak pacierz funkcjonariusze tzw. wymiaru sprawiedliwości III RP.

   Czyżby?

   Zwracam uwagę, że gdy przed trzema laty Ewa Barnaszewska "zaszczycała" swoją obecnością urzędników ZUS na ich imprezie jubileuszowej, była wtedy wiceprezesem Sądu Okręgowego we Wrocławiu, w którym - jak informowano na oficjalnej stronie internetowej tej placówki - sprawowała "nadzór nad orzecznictwem" tutejszych sądów cywilnych oraz pracy i ubezpieczeń społecznych.

   Każdy obywatel może w tym samym miejscu sprawdzić, jak przedstawiani są obecni zastępcy Barnaszewskiej. W rozpisce "zakres czynności" wyszczególniono: wiceprezes Małgorzata Brulińska - "nadzór nad orzecznictwem sądów cywilnych…", wiceprezes Ewa Gonczarek - "nadzór nad orzecznictwem sądów gospodarczych…", wiceprezes Marcin Sosiński - "nadzór nad orzecznictwem karnym…".

   Zaglądam do słownika języka polskiego: "Nadzór - kontrolowanie lub pilnowanie kogoś lub czegoś".

   Co to - po połączeniu powyższych faktów - znaczy?

   Znaczy to, że Barnaszewska et consortes nie mogą pozwalać nadzorowanym sędziom, by orzekali oni z pominięciem przepisów ustawowych, którym podlegają konstytucyjnie. Szefowie muszą egzekwować od "niezawisłych" podwładnych, aby ci literę prawa bezwzględnie stosowali.

   Co zatem sądzić o Barnaszewskiej, która w ramach nadzoru przyzwalała nadzorowanym - w sprawie moich roszczeń finansowych wobec ZUS - na orzeczniczą samowolkę i tym samym na przekraczanie uprawnień?

   Mnie się to kojarzy z kierowaniem zorganizowaną grupą przestępczą. Działającą pod szyldem państwowych sądów i chronioną immunitetami. Czyli najzwyczajniej bezkarną. Nietykalną, ale do czasu.

   Przynajmniej przewietrzenie tej współczesnej stajni Augiasza wróżą niezwykle emocjonalne słowa ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina z 20.09.2012, że nie da się zastraszyć przez - wreszcie przezeń zauważoną - prawniczą sitwę. Wygląda na to, że nawet on ma już dość antyobywatelskiej hucpy świętych krów III RP.