Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 stycznia 2013

Lewe prawo (311)


PARAGRAF 22 PO WROCŁAWSKU

   Znacie "Paragraf 22", książkę amerykańskiego pisarza Josepha Hallera? Tytuł tej powieści, wydanej po raz pierwszy dokładnie 50 lat temu [pisane w czerwcu 2011], funkcjonuje jako potoczne określenie sytuacji bez wyjścia, w której aby spełnić jakiś warunek, trzeba jednocześnie spełnić inny warunek, wykluczający poprzedni.

   Ów paragraf 22 dawał żołnierzowi na wojnie możliwość przeniesienia go do cywila na własną prośbę z powodu choroby psychicznej. Jednak wedle przełożonych ktoś, kto chcąc uratować własne życie wnioskuje o zwolnienie ze służby wojskowej, udowadnia zarazem, że jest umysłowo zdrowy. Nie może więc prosić o odesłanie do cywila z powodu choroby psychicznej. Jasne?

   Podobną logikę zademonstrowali w sprawie moich roszczeń finansowych sędziowie wrocławskich sądów. Ich zdaniem, aby dostać odszkodowanie za oczywiste bezprawie urzędników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, musiałbym udowodnić, że w czasie ponad 9-miesięcznego sporu z nimi mogłem podjąć pracę. Nie potrafią zrozumieć, że w tym okresie nie poszukiwałem zatrudnienia, bo miałem pełną świadomość, że gdybym zarobił choćby symboliczną złotówkę, to zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawowymi utraciłbym nie tylko zasiłek dla bezrobotnych, czyli swoje jedyne wtedy źródło dochodu, lecz także świadczenie przedemerytalne, o które walczyłem. I tak oto zostałem wmanewrowany w sytuację bez wyjścia…


piątek, 30 listopada 2012

Lewe prawo (250)


ZUS POPIERAJMY CZYNEM

 - UMIERAJMY PRZED TERMINEM

   Mieszkający we Wrocławiu niemiecki historyk i politolog - profesor Klaus Bachmann jest też dziennikarzem współpracującym z "Gazetą Wyborczą". 11.02.2008 w swojej felietonowej rubryce „Klaustrofobia” podzielił się wrażeniami z wypełniania za któregoś ze znajomych ZUS-owskiego wniosku o rentę rodzinną.

   Zauważył, że w formularzu tym ZUS zwraca się bezpośrednio do zmarłego z pytaniem, czy posiada NIP. Nieboszczyk ma do wyboru dwie odpowiedzi: „Tak, posiadam” albo „Nie, nie posiadam”.

   Jeśli zmarły - kontynuuje K. B. - będzie zbyt smutny z powodu zgonu swojego lub osoby mu bliskiej, ZUS może go profesjonalnie rozśmieszyć końcowym pytaniem o takim brzmieniu: „Czy do dnia śmierci współmałżonka małżeństwo nie było rozwiązane wyrokiem sądu - tak lub nie”. I tu zagadka: należy odpowiedzieć „tak”, aby zaprzeczyć, czy lepiej odpowiedzieć „nie”, aby potwierdzić?

   Redaktor Bachmann może sobie robić żarty z pogrzebu, bo jest obcokrajowcem z poczuciem nie tylko humoru, ale i zdrowego rozsądku. Jednak cosik mi się widzi, że ponadto on również, przynajmniej troszeczkę, Polakom z Zuslandu zwyczajnie, po europejsku, współczuje.

pro1@onet.eu

środa, 28 listopada 2012

Lewe prawo (248)

 
PROKURATORSKO-SĄDOWA
 
KOMPROMITACJA PRAWA
 
   Dziennik "Rzeczpospolita" z 26.11.2012 poinformował, że Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza (nazwiska sędziego brak) skazał Janusza Z. na 3 miesiące pozbawienia wolności za kradzież energii elektrycznej na kwotę 70 groszy. Redaktor Agata Łukaszewicz dodała, że koszty procesu i wykonania kary są multikrotnie wyższe od wartości nielegalnie pobranego prądu.

   W październiku 2011 Janusz Z. wrócił do domu po odbyciu wyroku za inną kradzież. Tam stwierdził, że w czasie, gdy kwaterował w więzieniu, odłączono mu dopływ energii.

   Zdaniem prokuratury (nazwiska prokuratora też brak), Janusz Z. "za pomocą przewodu elektrycznego podłączył się do żarówki oświetlającej klatkę schodową i doprowadził prąd do mieszkania". W akcie oskarżenia wartość skradzionej energii wyceniono na 10 zł.

   Janusz Z. do kradzieży się nie przyznawał, ale za namową adwokata wpłacił ową dychę na poczet naprawienia szkody. Mimo to sąd uruchomił procedurę orzeczniczą: powołał biegłego i przesłuchał świadków, wyznaczył też sześć rozpraw.

   Po kilku miesiącach ustalił, że wartość skradzionej energii wyniosła 70 groszy i wymierzył Januszowi Z. karę 3 miesięcy bezwzględnego więzienia. Wykonania wyroku zawiesić nie mógł, skazywał bowiem recydywistę.

   Sam proces kosztował państwo ponad 2 tys. zł. Trzeba było m.in. zapłacić adwokatowi za obronę z urzędu i biegłemu za ekspertyzę.

   Jeszcze wyższy jest rachunek za wykonanie kary, sięga bowiem 7,5 tys. zł. Tyle kosztuje podatników kwartalny pobyt skazanego w więzieniu.

   Przepisy mamy takie, że każda kradzież prądu to nie wykroczenie, lecz przestępstwo. Zagrożone karą od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

   - Poraża mnie brak refleksji prokuratury i sądu, ale także brak poszanowania dla państwowych pieniędzy i czasu uczestników postępowania - powiedziała "Rzeczpospolitej" mecenas Marta Lech, obrończyni Janusza Z.

    Natomiast prokurator Jacek Skała z Krakowa zauważył, że jego kolega po fachu, i sędzia też, zbyt rygorystycznie trzymali się zasady legalizmu, mogli bowiem skorzystać z instytucji znikomej społecznej szkodliwości czynu zabronionego i po prostu umorzyć sprawę.
 
   Obywatele komentatorzy na forach internetowych znów mieli uzasadniony powód do - najdyplomatyczniej pisząc - krytykowania rozumu i rozsądku funkcjonariuszy publicznych w czarnych togach z czerwonym albo fioletowym żabocikiem. Prokuratura do spółki z sądem udowodniły raz jeszcze, że są niezwykle skuteczne w ściganiu i skazywaniu groszowych złodziejaszków, a zarazem skandalicznie nieudolne wobec kradnących miliony.

www.adam-klykow.blog.onet.pl

pro1@onet.eu

niedziela, 25 listopada 2012

Lewe prawo (245)


   Dziś tekst archiwalny z mojego "Bloga weredyka" ze stycznia 2008. Jego ostatnie zdanie okazało się prorocze pół roku później...
 
SĄDOWE PEREŁKI

   Sam bym tego nie wymyślił. Od czego jednak są tęgie głowy z Wydziału Cywilnego Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Śródmieścia…

   W pierwszej wersji pozwu przeciwko ZUS-owi o odszkodowanie i zadośćuczynienie za ponad 9-miesięczną zwłokę w przyznaniu mi należnego świadczenia przedemerytalnego, zasugerowałem organowi wymiaru sprawiedliwości, by pieniądze na spełnienie moich roszczeń pochodziły nie z budżetu państwa, lecz z kieszeni 11 wyszczególnionych z nazwiska urzędników z Wrocławia i Warszawy, winnych tego bezprawia.

   No i otrzymałem z sądu anonimowe (!) "wezwanie do usunięcia braków formalnych w terminie tygodniowym pod rygorem zwrotu pozwu". Konkretnie: zobowiązanie do "podania adresów zamieszkania pozwanych" i do "dołączenia 11 odpisów pozwu".

   Jak sąd wyobraża sobie ustalenie przeze mnie adresów zamieszkania tylu urzędników w tak krótkim czasie i bez łamania ustawy o ochronie danych osobowych? Odpowiedzi na to pytanie nie otrzymałem. Ponieważ zadanie było niewykonalne, w nowej wersji mojego pozwu nie ma żadnego nazwiska. Jest jeden pozwany: ZUS jako tzw. osoba prawna.

   Przy okazji tej sprawy dała też o sobie znać asesor Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Śródmieścia Anna Sobczak. Uznała ona, że Powiatowy Urząd Pracy we Wrocławiu, nie mający - o czym nie wiedziałem - osobowości prawnej i w konsekwencji zdolności występowania w procesie jako strona, jest instytucją… bezpańską, w związku z czym nie może zostać pozwany i ukarany. Ustaliłem za panią przyszłą sędzię, że ten PUP najzwyczajniej podlega prezydentowi miasta i to on urzędowo odpowiada za winy zatrudnionych tam urzędników. Nie spodziewam się wdzięczności, obym tylko nie stał się celem odwetu…


piątek, 23 listopada 2012

Lewe prawo (243)


 JAK ZYSKAĆ, BY STRACIĆ

     Połączenie idiotycznego prawa, stanowionego przez (p)osłów - wybrańców narodu, z jego stosowaniem przez funkcjonariuszy publicznych, wyróżniających się debilizmem, skutkuje systematycznym ubogacaniem skarbca polish jokes. Oto kolejna perełka tubylczej bezmyślności.

    Szpital Wojewódzki w Bielsku-Białej dostał wezwanie z Ministerstwa Zdrowia. Bo nie zwrócił resortowi 10 (słownie: dziesięciu) groszy z niewykorzystanej dotacji na pensje dla lekarzy uczących się specjalizacji. Aby ten dług odzyskać, urzędnicy ministerstwa wysłali do szpitala list polecony za 4 złote. Za tępotę rządowych służbistów zapłacili de facto obywatele - podatnicy.

   W piśmie do "Gazety Wyborczej", która tę głupotę wytropiła, kierownictwo MZ wytłumaczyło ze śmiertelną powagą, godną ich intensywnej pracy umysłowej, że "niedochodzenie należności stanowi naruszenie dyscypliny finansów publicznych". W stosownej ustawie jest co prawda dodatkowy artykuł, pozwalający na umorzenie długu, gdy "zachodzi uzasadnione przypuszczenie, że w postępowaniu egzekucyjnym nie uzyska się kwoty wyższej od kosztów dochodzenia", ale wtedy szefostwo szpitala musiałoby zwrócić się z prośbą w tej sprawie, czego ono nie zrobiło.

   I na szczęście - pomyślałem - bo wówczas wymiana papierów z pieczątkami za pośrednictwem tradycyjnej poczty (wygląda na to, że mejle są w takich przypadkach wciąż "nieprawomocne") podrożyłaby odzyskiwanie 10 gr jeszcze bardziej!
 
   PS. A propos polish jokes, ale w tzw. wymiarze sprawiedliwości. Właśnie wyczytałem, że gdański sąd, który zadecydował o aresztowaniu szefa parabanku Amber Gold - Marcina P., jeszcze miesiąc później słał korespondencję do niego na jego prywatny adres zamieszkania.
 
 

piątek, 2 listopada 2012

Lewe prawo (220)

 
ORZECZNICZE GÓWNO? SKĄDŻE!

WEDLE SĄDU, WYROK TRZYMA SIĘ KUPY

   Gdy onegdaj Jacek T. był właścicielem komisu samochodowego, stał się - co stwierdził jeden sąd - ofiarą oszustów. W konsekwencji pewnemu klientowi musi zapłacić - przyznane przez inny sąd - 18 tys. zł zadośćuczynienia. Tyle że o tym wyroku z 2001, a więc i swoim długu, długo nic nie wiedział. Nie z własnej winy.

   Żądający zapłaty napisał w pozwie, że Jacek T. mieszka przy ulicy Tysiąclecia w Zabrzu. Sąd Okręgowy w Poznaniu wysłał tam wezwanie na proces. Wróciło z adnotacją, że nie ma takiego adresu. To wystarczyło, aby wydać wyrok zaocznie.

   Osiem lat po uprawomocnieniu się orzeczenia, do domu Jacka T. zapukał komornik. Jakoś nie miał trudności z ustaleniem, że dłużnik od 1990 mieszka w Bytomiu. Przyszedł w celu wyegzekwowania nie tylko zaległego zadośćuczynienia, lecz także ponad 32 tys. zł odsetek oraz kosztów sądowych i komorniczych. Przyniósł rachunek na łączną kwotę ok. 80 tys. zł.

   Błąd powoda i lenistwo sądu (pierwszy podał nieprawdziwy adres pozwanego, drugiemu nie chciało się - mimo że w międzyczasie znalazł miejsce jego zamieszkania! - powiadomić go o rozprawie i nakazie zapłaty) sprawiły, że komornik zabiera teraz Jackowi T. i również jego żonie (tak!) pokaźną część ich emerytur. A Sąd Apelacyjny w Poznaniu uznał, że wszystko jest w porządku i odmówił delikwentowi, który o swoim długu dowiedział się dopiero od komornika, prawa do ponowienia procesu.

   Sprawę tę opisał Mateusz Cieślak w tygodniku Nie z 29.07.2010, w publikacji zatytułowanej "Sąd wydalił wyrok".

   Kogo jak kogo, ale mnie postępowanie poznańskich sądów: okręgowego i apelacyjnego w ogóle nie dziwi. Potwierdza tylko moją nabytą ostatnimi czasy wiedzę o fatalnie pojmowanej solidarności zawodowej sędziów. Są oni wzorcowym przykładem uprawiania filozofii: trzymajmy się w kupie, bo kupy nikt nie ruszy. Pozostaje tylko nadzieja, że ktoś kiedyś to szambo wreszcie oczyści.
 
 

sobota, 20 października 2012

Lewe prawo (207)


SĘDZIE CHCIAŁY

ZROBIĆ ZE MNIE FRAJERA

   Eureka! - zareagowałem na wyrok Sądu Najwyższego w sprawie o sygnaturze akt I UK 82/10. To powinna być lektura obowiązkowa dla siedmiu wrocławskich sędzi, które skompromitowały się w procesach dotyczących moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

   We wspomnianym orzeczeniu SN stwierdził oczywistą oczywistość, że osoba zatrudniona traci nie tylko status bezrobotnego, także świadczenie przedemerytalne. Niedozwolone jest bowiem dorobienie do zasiłku pobieranego z budżetu państwa choćby symbolicznej złotówki.

   Wedle interpretacji - i przeze mnie, i przez SN - obowiązujących przepisów, bezrobotny w ogóle nie może osiągać dodatkowych dochodów z tytułu jakiejkolwiek pracy zarobkowej. Zatem domaganie się przez sędzie, nadzorowane przez prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu i członka Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa - Ewę Barnaszewską, abym udowodnił, że poszukiwałem zatrudnienia w czasie trwania sporu z ZUS-em o świadczenie przedemerytalne, kiedy to byłem zmuszony pozostawać na uniemożliwiającym dorabianie statusie bezrobotnego - wygląda wręcz na podżeganie pokrzywdzonego do próby celowego złamania prawa!

   Wyrok SN zaświadcza ponadto, że absurdalne w swych konsekwencjach przepisy nie premiują uczciwych, nagradzają natomiast cwaniaków. Gdyby przegrany w tym procesie nieszczęśnik dorabiał nie na podstawie formalnej umowy (i nie opłacał składek na ZUS), lecz "na czarno" (i nie dał się na tym przyłapać) - miałby i dodatek pieniężny do zasiłku dla bezrobotnych, i nie pozbawiłby siebie świadczenia przedemerytalnego.

   Mniemam, że wyrok SN pozwala też zrozumieć mniej pojętnym bywalcom (czytelników się nie wybiera) mojego bloga, dlaczego uważam, że w mojej sprawie sędzie: Urszula Kubowska-Pieniążek, Beata Stachowiak i Ewa Gorczyca - z premedytacją, a Anna Sobczak, Elżbieta Sobolewska-Hajbert, Anna Kuczyńska i Izabela Bamburowicz - z niewiedzy, popełniły przestępstwo przekroczenia uprawnień. I dlaczego czuję się, jak ktoś okradziony przez funkcjonariuszki "wymiaru sprawiedliwości" z należnej mi kasy.

(pisane w grudniu 2010)
 
 

środa, 17 października 2012

Lewe prawo (203)


W JAKIM BURDELU JA ŻYJĘ…

   Żyję w państwie, gdzie na jednym z najdroższych na świecie i najnowocześniejszym w kraju stadionie, dumnie zwanym "Narodowym", mecz piłkarski Polska - Anglia nie mógł się odbyć w zaplanowanym dniu, 16.10.2012, bo na tym zadaszonym obiekcie boisko zatopiła deszczówka (takiego lania goście się nie spodziewali).

   Żyję w państwie, gdzie urzędnicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przepis promocyjny, nagradzający za aktywność zawodową, zastosowali wobec mnie w celu restrykcyjnym, jako trwającą ponad dziewięć miesięcy karę za to, że zawiesiłem pobieranie zasiłku dla bezrobotnych z kasy publicznej i utrzymywałem się z płacy za pracę.

   Żyję w państwie, gdzie sędziowie sądów powszechnych od przeszło czterech lat trzymają się absurdalnego dogmatu, że aby dostać odszkodowanie za wyliczalne co do grosza straty finansowe, spowodowane ZUS-owskim bezprawiem, powinienem udowodnić, że próbowałem podjąć zatrudnienie w czasie, w którym nie pozwalała mi na to litera obowiązujących ustaw.

   Żyję w państwie, gdzie ponoć są jakieś władze, ale nie ma nikogo odpowiedzialnego za ten totalny burdel, w którym byle nieudacznik o statusie funkcjonariusza publicznego jest bezkarnym panem cudzych losów, a zwykły obywatel - upodlanym śmieciem.


   PS 1. Znam wiarygodną przyczynę wtopy (w przenośni i dosłownie) na Stadionie Narodowym: dach nad warszawskim cudem architektury sportowej nie został zamknięty, bo prokuratura nie przedstawiła żadnego zarzutu, a sąd nie wydał stosownego postanowienia...   

   PS 2. Nazajutrz na osuszonym boisku nikt lania nie dostał - wykopano remis.


środa, 10 października 2012

Milczenie wobec bezprawia, czy podłe pisanie tekstów tego rodzaju


W roku 2010 Izba Karna Sądu Najwyższego rozpoznała 390 skarg kasacyjnych.  Z tych SN:
Ø    odrzucił                                                                     3
Ø    oddalił                                                                   298
Ø    uwzględnił kasację poprzez zmianę orzeczenia                 0                                 
Ø    uchylił orzeczenie i przekazał sprawę sądowi I lub II instancji do    ponownego rozpoznania                                                                   45
Ø    uchylił wydane orzeczenie                                             1
Ø    załatwił w inny sposób                                                  7

Obywatel X odsiadujący karę więzienia, doszukał się, iż przy rozpatrywaniu jego sprawy w I instancji w składzie sądu zasiadał sędzia Y nieprawidłowo delegowany.
Stan faktyczny dot. delegacji sędziego wyglądał następująco. Sprawa X i dwóch innych oskarżonych trwała od 10 pździernika do 13 czerwca następnego roku. W sprawie odbyły się 22 posiedzenia sądu. Przed pierwszą rozprawą, prezes sądu okręgowego poprosił kolegium sądu o zgodę na delegowanie sędziego Y i otrzymał takową w uchwale kolegium z dnia 19 sierpnia. Zgoda w uchwale brzmiała -  kolegium wyraża zgodę na delegowanie sędziego Y do SO w S „(...) do orzekania sędziego w sprawie II K XX/XX, na okres nie dłuższy niż miesiąc (...).
Po pierwszej rozprawie prezes poprosił kolegium ponownie o zgodę na delegowanie sędziego Y. 14 października kolegium podjęło uchwalę identyczną jak pierwsza - na delegowanie sędziego Y „(...) do orzekania sędziego w sprawie II K XX/XX, na okres nie dłuższy niż miesiąc (...).
Prezes na podstawie uprawnienia jakie uzyskał w uchwale kolegium z 19 sierpnia  wydal postanowienie o delegowaniu sedziego Y do wzięcia udziału w rozprawie 10 października.
Następnie, na podstawie zgody i uprawnienia w drugiej uchwale z dnia 14 października, prezes wydal postanowienie delegowania sędziego na 5 rozpraw - 29 października,  26 i  27 listopada ,  5 i 6 grudnia. W następnym roku wydal jeszcze kilka postanowień delegowania sędziego Y – w sumie na 16 rozpraw  (ostatnia – narada sądu i ogłoszenie wyroku odbyła się 13 czerwca).

X zgłębił orzecznictwo SN i ETPC w kwestii delegacji sędziego. Bogate orzecznictwo SN wskazywało, iż w interpretacji art. 77 & 8 p.u.s.p powszechne były i są niejasności, a sama instytucja delegacji jest często nadużywana, a procedura delegacyjna traktowana jak upierdliwy niuas, a nie gwarancja niezawisłości sędziowskiej i gwarancja sprawiedliwego procesu. Doniosłość wagi problemu skłania Sąd Najwyższy do podejmowania od lat  szeregu uchwał, w celu podania wykładni wskazanego zwrotu ustawowego w przypadku wątpliwości, rozbieżności w orzecznictwie, celem ich wyjaśnienia w interesie pewności prawa i harmonizacji orzecznictwa.
Przepis regulujący delegacje brzmiał (przed nowelą z dnia 18 sierpnia 2011r) -  Prezes sądu okręgowego, po uzyskaniu zgody kolegium sądu okręgowego, może delegować sędziego sądu rejonowego albo sędziego sądu okręgowego do pełnienia obowiązków sędziego na obszarze właściwości tego samego sądu okręgowego, jednakże na czas nie dłuższy niż miesiąc w ciągu roku. (art. 77 & 8 prawo o ustroju sądów powszechnych).  

W uchwałach  z dnia 26 września 2002 r., I KZP 28/02 i z dnia 19 lutego 2003r. I KPZ 51/02 – SN wyjaśnia m.innymi co oznacza zwrot  - nie dłuższy niż miesiąc w ciągu roku, „(...) od określonej daty na nieprzerwany okres miesiąca lub krótszy, albo na oznaczone – także pojedyńczo – dni, których suma w wypadku wielokrotnego delegowania w danym roku nie może przekroczyć trzydziestu (...)”

Zgoda kolegium na delegowanie sędziego to niezmiernie istotna decyzja o charakterze kontrolnym, a wywołująca skutki prawne o charakterze ustrojowym. Decyzja taka  aprobuje nie tylko formalno-pragmatyczną zasadność propozycji prezesa sądu, ale również zasadność merytoryczną – słuszność delegowania właśnie tego sędziego, delegowanie go w ściśle określonym okresie, czy w ściśle określonych pojedyńczych terminach, a nie tylko delegowanie go do pełnienia konkretnych czynności do wskazanego sądu w bliżej nieokreślonym terminie.

(...) uprawnienie prezesa sądu okręgowego do delegowania sędziego musi być poprzedzone zgodą kolegium sądu okręgowego, dopiero po uzyskaniu takiej zgody, prezes sądu okręgowego jest uprawniony do delegowania sędziego sądu rejonowego. (...)

(...) Nieprawidłowe jest (...) delegowanie sędziego jedynie do orzekania w konkretnej sprawie rozpoznawanej w innym sądzie, jeżeli tylko tak określony jest czas delegowania, gdyż nie pozwala to na jednoznaczne ustalenie wyznaczonego czasu, w jakim sędzia ma pełnić obowiązki w innym sądzie (...)” wyrok SN z 22 sierpnia 2007 r., III KK 197/07

Wyjątkowy charakter przepisów „delegacyjnych” unormowanych ustawą determinuje ich ścisłą interpretację przez kolegium sądu i prezesa sądu. SN w wyroku z z dnia 22 sierpnia 2007 r III KK 197/07, w uzasadnieniu przedstawił argumentację za koniecznością konkretyzowania i precyzyjnego określania zgody udzielanej prezesowi przez kolegium na delegowanie sędziego, a także konieczność uzyskania zgody Kolegium na każdy konkretny akt delegowania.
             “(…)Żadna z reguł interpretacji tekstu prawnego nie upoważnia (…) do wnioskowania, że zgoda ta nie musi poprzedzać każdego aktu delegowania i nie musi być każdorazowo wyrażana (…)”
              Również ETPC w sprawie Richert v. Polska w wyroku z 25 października 2011 r stwierdził m.innymi
 „(...)zgodnie z właściwymi przepisami prawa krajowego nienależyty skład sądu jest jedną z przyczyn, które podlegają rozpoznaniu sądów odwoławczych, w tym również w kontekście postępowania kasacyjnego, niezależnie od faktu, czy wnoszący środek zaskarżenia uwzględnił taką podstawę prawną w jego treści. Ponadto, uchybienie to skutkowało powstaniem bezwzględnej przyczyny odwoławczej (...)

 Wobec powyższego, jako że kwestia składu sądu mogła mieć zasadniczy wpływ na wynik sprawy, Sąd Najwyższy powinien był uwzględnić tę kwestię w swoim postanowieniu. Tymczasem, Sąd Najwyższy oddalił kasację stosując typową formułę stosowaną zazwyczaj w kontekście kasacji w sprawach karnych dla celów oddalenia kasacji oczywiście bezzasadnych. (...)

Nastąpiło zatem naruszenie Artykułu 6 ust. 1 Konwencji (...)”

ETPC przypomniał  w tym orzeczeniu, że sądy odwoławcze w tym również SN, podczas kontroli odwoławczej wyroku mają obowiązek z urzędu – nawet jak skarżący nie podniósł takiego zarzutu, sprawdzić czy nie ma uchybień kwalifikowanych jako bezwzględne przyczyny odwoławcze.

Richter nie podniósł tego zarzutu w apelacji (nie wiedział o uchybieniu) a  Sąd apelacyjny nie sprawdził z urzędu. Ale podniósł ten zarzut w skardze kasacyjnej, a SN i tak olał ten zarzut, nawet nie sprawdzając, czy rzeczywiście zostały naruszone minimalne gwarancje sprawiedliwego procesu i uznając kasację za oczywiście bezzasadną,  co ETPC bez owijania w bawełnę wytknął.

X analizował uchwałę kolegium sądu z 14 pażdziernika, aplikując interpretację SN do określenia na okres nie dłuzszy niz miesiąc w roku w tej uchwale. Zgodnie z  zasadami logiki i syntaktyki,  spójnik albo zawarty w tej interpretacji SN określa alternatywę o charakterze rozłącznym.  Czyli to albo - wyklucza jednoczesne  wystąpienie obydwu znaczeń podanych przez SN.
Ponieważ uprawnienia do delegowania sędziego w  uchwale z 19 sierpnia były  wykorzystane na delegowanie sędziego na rozprawę 10 pażdziernika i prezes  poprosił o następną zgodę, zasadnym było pytanie – na co wyraziło zgodę kolegium sądu w drugiej w uchwale z 14 pażdziernika?
Nie była to zgoda i uprawnienie prezesa sądu do delegowania „(...)na oznaczone – także pojedyńczo – dni, których suma w wypadku wielokrotnego delegowania w danym roku nie może przekroczyć trzydziestu (...)”, ponieważ w uchwale nie oznaczono  pojedyńczo dni delegacji.  A oznaczone nie tylko na chłopski rozum, ale i za Słownikien Języka Polskiego to wyrażone, określone, zaznaczone za pomocą znaku, uwidocznione, stąd zgodnie z wykładnią językową oznaczone dni, to dni zaznaczone datą.
A więc pozostała druga ewentualność – zgoda i uprawnienie prezesa sądu na delegowanie sędziego Y  „(...) od określonej daty na nieprzerwany okres miesiąca lub krótszy (...)” W uchwale kolegium nie była określona data początkowa delegacji, na którą wyrażało zgodę  kolegium, a tylko, „(...) do orzekania sędziego w sprawie II K XX/XX(...). Takie określenie daty rozpoczęcia sprawy SN uznał za nieprawidłowe. Określenie nieprzerwany -  to trwający stale, nie mający przerw, ciągły, czyli okres delegacji mógł – trwać, bez przerw, ciągle nie dłużej niż miesiąc. Prezes sądu wykorzystał zgodę i uprawnienia do delegowania sędziego Y wyrażone w uchwale z dnia 14 października wydając postanowienie o delegowaniu na posiedzenie sądu 29 października,  ponieważ następne posiedzenie sądu odbyło się - po przerwie – 26 listopada.
Stąd wniosek– jeżeli ta zgoda i uprawnienia do delegowania straciły moc prawną, czyli były nieważne po posiedzeniu sądu 29 pażdziernika, to wszystkie  postanowienia o delegowaniu sędziego Y wydane przez prezesa sadu po 29 października, na podstawie nieważnej i niemającej mocy prawnej zgody i uprawnienia kolegium w uchwale z 14 pażdziernika są również nieważne.

X nie mial wątpliwości, iż w jego sprawie sędzia był nieprawidłowo delegowany i sprawa winna być skierowana do ponownego rozpatrzenia, pozostawała kwestia: czy zwrócić się  do Prokuratora Generalnego lub Rzecznika Praw Obywatelskich z prośbą o wywiedzenie kasacji, czy zawiadomić SN, aby zbadał sprawę z „urzedu“ jak nakazuje prawo.

Postanowił przedstawić sprawę Sądowi Najwyższemu, zakładając,  iż sędziowie tego sądu mają trochę wiecej przyzwoitości i uczciwości, niż PG i RPO.  SN po otrzymaniu pisma od X zwrócił się o opinię do Prokuratora Generalnego, który stwierdził, iż brak jest podstaw do wznowienia sprawy z urzędu. Sędzia Y był prawidłowo delegowany.
W uzasadnieniu swojego stanowiska PG przywołał uchwalę SN w kwestii delegacji – z dnia 26 września 2002 r., I KZP 28/02 i zacytował interpretację podaną powyżej, czyli tę samą, która znalazł X w innej uchwale SN.
Powołując się na tę interpretację SN, PG twierdzi, że suma wielokrotnych delegacji sędziego nie przekroczyła 30 dni w roku(sic!). To prawda, ale też  X nie twierdził, że przekroczyła!

Czyli X o zupie a PG o...Zarzut nieważności delegacji sędziego Y nie ma przecież w tej sprawie nic wspólnego z sumą wielokrotnych delegacji sędziego, natomiast wszystko z brakiem  zgody czy zgód  kolegium sędziowskiego na delegowanie sędziego Y. 

Prokurator Generalny rżnie głupa i manipuluje dwoma pojęciami, które nie mają w przypadku sprawy X żadnego związku. A mianowicie – oczywisty fakt, że w sprawie nie przekroczono ustawowego limitu czasu jednego miesiąca, ma się jak pięść do oka do  zwrotu jakiego użyło kolegium sądu w obydwu uchwałach do określenia czasu trwania jednej z wielokrotnych delegacji -  na (nieprzewany- interpretacja SN)  okres nie dłuższy niż miesiąc.
Określenie - na okres nie dłuższy niż miesiąc -  w art. 77 § 8 p.u.s.p. wyraża jeden z wielu warunków ważności aktów delegacji sędziego  - suma dni delegowania w danym roku nie może przekroczyć trzydziestu. I ten warunek w sprawie X został spełniony.
Natomiast w obydwu uchwałach kolegium sądu,  identycznie brzmiące wyrażenie – na okres nie dłuższy niż miesiąc nie określało sumy dni wielokrotnych delegacji,  a okres trwania  konkretnej delegacji, na którą kolegium wyrażało zgodę. Zgodnie z uchwalonymi zgodami, każda z delegacji mogła trwać nieprzerwanie miesiąc lub krócej – ponieważ tak oznaczała czas trwania delegacji  od określonej daty na nieprzerwany okres miesiąca lub krótszy i  w tym przypadku, każda z tych delegacji, trwała jeden dzień.
Zgodnie z interpretacją SN w podjętych uchwałach i wyrokach podanych powyżej  uchwała kolegium sądu z dnia 14 października, tylko wtedy uprawniałaby prezesa sądu do delegowania sędziego Y na 21 posiedzeń sądu, począwszy od 29 pażdziernika, a skończywszy 13 czerwca następnego roku, gdyby te 21 dni posiedzeń oznaczono – datami - w tej uchwale albo gdyby 21 posiedzeń sądu trwało nieprzerwanie.  
Żaden z tych warunków nie został spełniony,  a więc prezes sadu nie miał uprawnienia do delegowania sędziego Y po 29 pażdziernika wyrażonego w zgodzie kolegium sądu. Tylko taka zgoda legitymuje akty delegacji sędziego
Po otrzymaniu tej opinii PG, Sąd Najwyższy już się nie szczypał i postanowił
Ø    pozostawić prośbe X bez rozpoznania
Ø    stwierdzić brak podstaw do rozpoznania zarzutów z urzędu
i stwierdził, iż uchwała kolegium „(…) stworzyła więc prezesowi prawo do delegowania sędziego na okres 30 dni w jednostce czasowej, którą wskazała, to jest w ciagu roku ( składającego się z dwunastu miesięcy) (...) prezes sądu poczynając od dnia 10 października  ( pierwszego dnia delegacji miał rok, czyli do 9 pażdziernika ( następnego roku ) na delegowanie sędziego Y do  pełnienia przez łacznie 30 dni obowiązków sędziowskich we wskazanym rocznym czasie. Ten podwójny  limit  czasowy nie został wykorzystany, bowiem łączna liczba dni delegacji wynosiła 22 dni w okresie do 13 czerwca(...)“
SN nie tylko stwierdził nieistniejący zarzut, nie tylko wyraźnie traktował X jak osobnika z zespołem Downa, któremu musiał tłumaczyć, co to jest rok, ale co najistotniejsze w sposób arbitralny i oburzający zaprzeczył swoim wszystkim  wcześniejszym uchwałom i orzeczeniom w kwestii procedury delegowania sędziego.
Stwierdzenie braku podstaw do rozpoznania zarzutu bezwzględnej przyczyny odwoławczej w sprawie  X przez najwyższy autorytet wymiaru sprawiedliwości i uzasadnienie tego oczywistego bezprawia argumentami nie mającymi odzwierciedlenia, ani w faktach, ani w przepisach prawa, ani w orzecznictwie SN, świadczy o fasadowości i inkwizycyjności tej oceny. Świadczy również o deprecjacji instytucji Sądu Najwyższego, który zamiast urzeczywistniać swoimi działaniami, rzetelną i przyzwoitą postawą - ideę sprawiedliwości i praworządności,  okazał się dla obywatela X po prostu niczym innym, jak tylko jeszcze jednym niegodnym zaufania, sankcjonującym bezprawie, skorumpowanym  sądem.
Kilka dni temu pierwszy prezes SN sędzia Stanisław Górski lamentował i oburzał się na dziennikarzy piszących o umorzeniu śledztwa w sprawie korupcji w tym sądzie.
Tego rodzaju pisanie artykułów jest szkodliwe nie tylko dla SN, ale też szkodliwe dla państwa, bo podważa autorytet najwyższego organu sądowniczego bez żadnych dowodów. Mówiąc po ludzku - jest to postępowanie, które oceniam po prostu jako podłe.
Sędzia Górski niepotrzebnie szafuje odium podłości, a równocześnie manipuluje nieelegancko faktami. Przecież póki co I prezes SN nie wie, czy istnieją dowody korupcji czy nie w sądzie, któremu prezesuje. Wiadomo natomiast, iż prokuratura ucięła śledztwo, ponieważ dowody – niedowody zostały uzyskane bezprawnie. Nie oznacza to, że nie świadczą o ‚uwalanych rękach“ niektórych sędziów SN, a świadczy tylko o tym, że nie mogą być wykorzystane jako dowody w postępowaniu sądowym. Nota bene, podobnie zdobyte dowody w przypadku setek zwykłych Kowalskich, z reguły nie przeszkadzają ani prokuratorom, ani sędziom,  w tym i SN i są oceniane jako  pełnoprawne dowody.
Wracając do obywatela X, gdyby nie jego spotkania trzeciego stopnia z „autorytetami“ najwyższego organu sądowniczego, może ta duszaszczypatielnyja wypowiedź prezesa SN, byłaby nawet go wzruszyła. No ale nie wzruszyła. Stąd w jego opinii szkodliwe dla państwa jest brak praworządności w sądach, postępujące w nich bezprawie, arogancja i absolutna bezkarność sędziów, również z Sądu Najwyższego.  Opisywanie tego bezprawia i tej arogancji nie jest podważaniem autorytetu najwyższego organu sądowniczego, albowiem tenże autorytet już dawno nie istnieje. Mówiąc po ludzku, coraz większa częśc społeczeństwa widzi podłe postępowanie części sędziów, w tym również sędziów SN.
Na gmachu Sądu Najwyższego widnieje zapis „Milczenie wobec bezprawia, to przyzwalanie, przyzwalanie na bezprawie-to współudział.” Obywawatel X wziął sobie do serca tę maksymę.
Sędziom wszystkich sądów powszechnych przydałaby się codzienna lektura takich podniosłych kawałków, które wypisują, a którez rzeczywistością mają tyle wspólnego co prawda z fałszem. Najwyższy czas, aby za tymi - zbyt często pustymi słowami – wreszcie szły czyny.
“...Autorytet wymiaru sprawiedliwości, autorytet prawa, implikuje wyłącznie jego uczciwe interpretowanie i stosowanie. Tak prawo, jak i organy je stosujące nie będą miały autorytetu wówczas, gdy fałszywa i nieuprawniona wykładnia zastępuje uczciwą, rzetelną i honorującą wszelkie przyjęte w teorii prawa reguły wykładni  prawa. Każdy – w takiej sytuacji – mógłby je bowiem interpretować nie według obowiązujących – powszechnie aprobowanych – reguł wykładni, ale według kryteriów wykreowanych dla ochrony własnych korzyści i interesów...”

Postanowienie  SN z dnia 28 lipca 2010 r., II KK 27109

Takie sprawy jak powyżej opisana, nie są ujmowane w statystykach SN.