Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUS. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 stycznia 2013

Lewe prawo (311)


PARAGRAF 22 PO WROCŁAWSKU

   Znacie "Paragraf 22", książkę amerykańskiego pisarza Josepha Hallera? Tytuł tej powieści, wydanej po raz pierwszy dokładnie 50 lat temu [pisane w czerwcu 2011], funkcjonuje jako potoczne określenie sytuacji bez wyjścia, w której aby spełnić jakiś warunek, trzeba jednocześnie spełnić inny warunek, wykluczający poprzedni.

   Ów paragraf 22 dawał żołnierzowi na wojnie możliwość przeniesienia go do cywila na własną prośbę z powodu choroby psychicznej. Jednak wedle przełożonych ktoś, kto chcąc uratować własne życie wnioskuje o zwolnienie ze służby wojskowej, udowadnia zarazem, że jest umysłowo zdrowy. Nie może więc prosić o odesłanie do cywila z powodu choroby psychicznej. Jasne?

   Podobną logikę zademonstrowali w sprawie moich roszczeń finansowych sędziowie wrocławskich sądów. Ich zdaniem, aby dostać odszkodowanie za oczywiste bezprawie urzędników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, musiałbym udowodnić, że w czasie ponad 9-miesięcznego sporu z nimi mogłem podjąć pracę. Nie potrafią zrozumieć, że w tym okresie nie poszukiwałem zatrudnienia, bo miałem pełną świadomość, że gdybym zarobił choćby symboliczną złotówkę, to zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawowymi utraciłbym nie tylko zasiłek dla bezrobotnych, czyli swoje jedyne wtedy źródło dochodu, lecz także świadczenie przedemerytalne, o które walczyłem. I tak oto zostałem wmanewrowany w sytuację bez wyjścia…


środa, 23 stycznia 2013

Lewe prawo (308)


SABOTAŻYŚCI PAŃSTWA PRAWA

   Pisałem już niejednokrotnie, że przestępcze zastosowanie w celu restrykcyjnym przepisu ustawowego, mającego premiować moją aktywność zawodową, było de facto sabotażem polityki prozatrudnieniowej rządu przez podlegających mu funkcjonariuszy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, z dyrektorem jego wrocławskiego oddziału - Antonim Malaką na czele. Próbowali oni ukarać mnie za to, że zamiast pobierać zasiłek dla bezrobotnych z budżetu państwa, zdecydowałem się utrzymywać z płacy za pracę.

   Dziś dodam, że znamiona sabotażu, a konkretnie: wadliwego wykonywania obowiązków służbowych, ma też postępowanie grupy nieograniczenie niezawisłych sędziów, w szczególności zastępcy przewodniczącego Wydziału Cywilnego Odwoławczego Sądu Okręgowego we Wrocławiu - Urszuli Kubowskiej-Pieniążek, w sprawie moich roszczeń finansowych wobec ZUS. Przypomnę, że odmówili mi oni należnego odszkodowania (przyznali tylko symboliczne zadośćuczynienie, nierekompensujące nawet poniesionych kosztów procesu) za wyliczone co do grosza straty materialne. Swoje orzeczenia uzasadnili nieudowodnieniem przeze mnie próby podjęcia pracy w czasie trwania sporu z ZUS-em, kiedy na dorobienie choćby złotówki jednoznacznie nie pozwalały obowiązujące przepisy ustawowe. Tym samym popełnili parę przestępstw naraz: przekroczyli konstytucyjne uprawnienia i podżegali pokrzywdzonego do czynu zabronionego.

   Prezydent Bronisław Komorowski częstokroć wzywa Polaków (ostatnio podczas uroczystości dla uczczenia 150 rocznicy Powstania Styczniowego) do szanowania państwa. Uważam, że w pierwszej kolejności powinien zaapelować o to do reprezentujących je sędziów, bezkarnie krzywdzących obywateli "w imieniu RP".  


wtorek, 22 stycznia 2013

Lewe prawo (307)

 
BRONIĘ PRAWA PRZED SĘDZIAMI

   Wiem, że nasze fantastyczne "państwo prawa" choruje na legislacyjną biegunkę. Namaszczeni przez głosującą część narodu (pogratulować wyboru) parlamentarni dyletanci co rusz dostają rozwolnienia i wydalają z siebie ustawową sraczkę nie trzymającą się kupy. Wiem też, że sędziowie muszą się w tym gównie babrać. Podlegają mu przecież konstytucyjnie.

   Co jednak nijak nie usprawiedliwia np. sędziów cywilistów z Wrocławia, którzy uważają siebie za niezawisłych nawet od norm ustawowych, zarówno od tych zupełnie absurdalnych, jak i od całkiem sensownych. Zademonstrowali to dobitnie w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, uznając obowiązujące przepisy za najzwyczajniej nieistniejące!

   Dlatego z takim uporem bronię prawa (jakie ono jest) przed sędziami. A walkę z ich przestępczą samowolką uważam za swój obywatelski obowiązek.


poniedziałek, 21 stycznia 2013

Lewe prawo (306)


   Tekst archiwalny z maja 2008, z ostatnim akapitem wciąż - niestety - aktualnym.
 
ODSETKI TO ZA MAŁO

   W internecie trafiłem na publikację z wrocławskiego dodatku "Gazety Wyborczej" z 19.02.2008, zatytułowaną "Nasz Czytelnik wygrał wojnę z ZUS". To akurat nie o mnie, tylko o Piotrze K. ZUS naliczył mu odsetki za zwłokę w wypłacie renty. Nie chciał, ale po wyroku sądowym - musiał.

   - Jak pan to zrobił? - zdziwiła się jedna z urzędniczek w ZUS. Stwierdziła ona - opisuje "GW" - że całe życie tam pracuje i jeszcze nie słyszała, żeby ktoś odsetki wywalczył.

   No, lekka przesada. Ja w tymże wrocławskim ZUS-ie wywalczyłem odsetki wyrokiem sądowym z 25.10.2007.

   Bliższa rzeczywistości jest cytowana w publikacji Iwona Kowalska, pełniąca obciachową dla szanującego się dziennikarza funkcję rzecznika tej instytucji (stoczyła się tam z radia publicznego).

   - Rzeczywiście na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, gdy wypłacaliśmy odsetki - przyznała.

   W jednym z komentarzy pod artykułem trafia w sedno internauta o ksywie "Wielki Czarownik":

   "Problemem jest brak personalnej odpowiedzialności urzędników za swe działania. Jakby za takie coś jeden czy drugi pierdzistołek dostał solidną grzywnę czy nawet poszedł do ciupy, to by to towarzystwo zaczęło pracować jak należy!".

   Co prawda, to prawda. I dlatego wciąż walczę, by winni skandalu z bezprawnym odmawianiem mi świadczenia przedemerytalnego i odsetek za zwłokę w jego wypłacie ponieśli odpowiedzialność karną.


środa, 16 stycznia 2013

Lewe prawo (301)


   Tekst archiwalny z mojego „Bloga weredyka” z kwietnia 2008.

CO POSZKODOWANY

MA NA SWOJĄ OBRONĘ
 
   Jeden ze znajomych po dokładnym zapoznaniu się z moją ZUS-owską golgotą, rzekł:

   - Miałeś pecha, trafiłeś na idiotów, ale czy nie obawiasz się, że pisząc o tym wprost możesz zostać oskarżony przez nich o znieważenie?

   Przypomniałem mu, że już byłem: niemal dokładnie rok temu - u progu wiosny 2007 - dyrektor wrocławskiego ZUS Antoni Malaka doniósł na mnie do prokuratury. Skończyło się na przesłuchaniu mnie w charakterze świadka przez policjanta śledczego.

   - Marzy mi się - dodałem w rozmowie ze znajomym - występ w sądzie w roli oskarżonego. Chętnie odpowiedziałbym tam zwłaszcza na pytanie: "Co pokrzywdzony przez ZUS ma na swoją obronę?".

   Roześmialiśmy się obaj.


wtorek, 15 stycznia 2013

Lewe prawo (300)


   Tekst archiwalny z mojego "Bloga weredyka" z kwietnia 2008.
 
PIRAMIDA NONSENSU

   Jak taka proceduralna piramida nonsensu działa, doświadczyłem osobiście.

   Zaczęło się od niemądrej (najdelikatniej nazywając) decyzji Danuty Marciniszyn, kierowniczki referatu w II Inspektoracie ZUS we Wrocławiu. Odmówiła ona przyznania mi świadczenia przedemerytalnego na podstawie przepisu, który miał mnie premiować za aktywność zawodową.

   Ową oczywistą niedorzeczność przyklepała jej bezpośrednia zwierzchniczka, równie inteligentna Anna Kapucińska. Nic mi się nie należy i już - zawyrokowała, mimo spełniania przeze mnie od 26.09.2006 wszystkich bez wyjątku wymogów prawa.

   Poskarżyłem się więc do dyrektora wrocławskiego oddziału ZUS Antoniego Malaki. Geniusz ten nie stwierdził żadnego uchybienia w postępowaniu swych podwładnych.

   No to ja do samiuśkiego wierzchołka, czyli do warszawskiej centrali tej powszechnie szanowanej instytucji o kompetencjach państwa w państwie. A tam jeszcze bardziej nieomylni nadludzie podtrzymali negatywne stanowisko swych dolnośląskich pomazańców (nie kojarzyć z popaprańcami).

   Prosiłem potem o pomoc wszystkich świętych, usytuowanych ponad tą piramidą nonsensu lub obok niej: Kancelarię Prezydenta RP, Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, ministra pracy i polityki społecznej, marszałków Sejmu i Senatu, Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich. Zewsząd otrzymywałem w odzewie solidarne wyrazy bezradności i niemocy wobec ZUS-owskiej samowoli.

   (O)błędne koło zamknęło się. Biurokratyczna machina zademonstrowała swoją bezrozumną, miażdżącą siłę.

   Bezkarne - ciągle mam nadzieję, że do czasu - upokarzanie mnie przez ZUS-owską klikę trwało ponad 9 miesięcy. Dopiero wtedy Malaka i spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością łaskawie wykonali werdykt sądu, zgodny z moim roszczeniem.


wtorek, 8 stycznia 2013

Lewe prawo (293)


TEORIA I PRAKTYKA

   Sędzia Igor Tuleya udzielił wywiadu Magdalenie Rubaj, opublikowanego dziś (8.01.2013) w tabloidzie "Fakt".

   - Pańskie uzasadnienie wyroku na doktora Mirosława G. wywołało wielkie emocje i skrajne oceny. W opinii wielu porównanie metod Centralnego Biura Antykorupcyjnego do stalinowskich było niedopuszczalne - zauważa dziennikarka.

   - Muszę wyjść od tego - wyjaśnia Tuleya - czym jest sędziowska niezawisłość. Sędzia wydając wyrok musi opierać się wyłącznie na konstytucji i ustawach (…) Jeżeli są zastrzeżenia do wyroku, czy do uzasadnienia, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby złożyć zawiadomienie do organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sędziego (…) albo wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Takie postępowanie może się skończyć złożeniem urzędu przez sędziego, czyli usunięciem z zawodu.

   Informuję sędziego Tuleyę, że konstytucja to również ustawa. To gwoli ścisłości.

   Informuję go też, że w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wrocławscy sędziowie mieli konstytucję i inne ustawy co najmniej w nosie. Wydając wyroki (lub postanowienia), opierali się na swoim widzimisię.

   Informuję go ponadto, że zawiadamiałem organa ścigania (prokuraturę) i rzecznika dyscyplinarnego sędziów (Marcina Cieślikowskiego) o popełnieniu przez tych funkcjonariuszy tzw. wymiaru sprawiedliwości przestępstwa przekroczenia uprawnień, a przez ich szefową (Ewę Barnaszewską) - o przyzwalaniu na samowolkę oraz o spoufalaniu się z urzędnikami ZUS. Odmówiono mi zarówno wszczęcia śledztwa, jak i postępowania dyscyplinarnego.

   Tak wygląda - proszę teoretyka Tulei - możliwość rozliczenia nieprawych i nieetycznych sędziów w praktyce.


środa, 2 stycznia 2013

Lewe prawo (284)

 
BAJKA O ZUS-IE
 
   Przed siedmioma górami, przed siedmioma lasami, w środku Europy, leży Polska, Najjaśniejszą Rzecząpospolitą zwana. W tym wyjątkowym kraju jego najstarszymi mieszkańcami zajmuje się z osobliwą troską Zakład Utylizacji Składek, w skrócie: ZUS. Pracuje w nim wielu porządnych urzędników, bo jakoś na chleb dla swoich rodzin i dla rządzących próżniaków zarabiać muszą. Jednak prawdziwe kariery zawodowe robią tam przede wszystkim ci, którzy potrafią decydować o losach innych ludzi na ich szkodę, perfekcyjnie udając pacanów i matołów. Są przy tym niemal pewni, że za bezprawie nic im nie grozi, bo władcy - czy to był Kaczor, czy to jest Donald, czy to będzie choćby Kaczor Donald - zajmują się głównie sobą nawzajem i na kontrolowanie administrujących państwem podwładnych nie staje im czasu. W efekcie coraz więcej emerytów i rencistów żyje niedługo i nieszczęśliwie, nie doczekując obietnic wybrańców narodu: ani prawa i sprawiedliwości, ani cudów wszelakich...
 
 

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Lewe prawo (282)

 
OBYWATEL, FUNKCJONARIUSZE PUBLICZNI
 
 I "PRZYJAZNE PAŃSTWO"
 
   To nie jest streszczenie scenariusza filmu, którego autorzy utracili kontakt z rzeczywistością III RP i wymyślili ciąg nieprawdopodobnych nonsensów. To są fakty z życia obywatela w państwie zwanym przez konstytucję "prawnym".

   Adam Kłykow, dziennikarz z przeszło 37-letnim stażem, w 2005 został zmuszony przez Apolonię Świokło i Agnieszkę Niczewską, rodzime namiestniczki niemieckiego właściciela dolnośląskiego dziennika "Gazeta Wrocławska", do wcześniejszego niż planował pożegnania się z tą redakcją i skorzystania z nabytego uprawnienia do świadczenia przedemerytalnego. Aby je otrzymać zgodnie z przepisami, trzeba najpierw przez co najmniej pół roku pobierać zasiłek dla bezrobotnych z Powiatowego Urzędu Pracy, a następnie złożyć odpowiedni wniosek w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w dowolnym z 212 dni do namysłu - z możliwością wystąpienia o tzw. przywrócenie terminu, gdyby zainteresowany przypadkiem go przegapił.

   Po dwóch miesiącach Kłykow otrzymał ofertę zatrudnienia w redakcji tygodnika "Panorama Dolnośląska". Postanowił zawiesić branie kasy z budżetu państwa i ponownie utrzymywać się z płacy za pracę.

    Gdy po trzech kwartałach niedochodowe czasopismo upadło na skutek zaprzestania finansowania przez kombinat "Polska Miedź", Kłykow wrócił do pobierania zasiłku dla bezrobotnych. Urzędniczka wrocławskiego PUP-u Ewa Kołaczek zapewniła go, że świadczenie przedemerytalne będzie mu teraz przysługiwało nie po upływie pół roku, lecz już po czterech miesiącach.

   Informacja wydawała się Kłykowowi tak logiczna, że uwierzył w nią bez zastrzeżeń. Nie przypuszczał, że w tym momencie został wprowadzony w błąd, skutkujący rozkręceniem spirali biurokratycznego absurdu.

   Ani nieudolna Kołaczek, ani tym bardziej rejestrowany przez nią obywatel nie wiedzieli o istnieniu przepisu premiującego aktywność zawodową bezrobotnego. Na jego podstawie Kłykow mógł (nie musiał!) zażyczyć sobie przyznania świadczenia przedemerytalnego natychmiast, bez wznawiania pobierania zasiłku z PUP-u. Warunkiem było złożenie przez niego w ZUS-ie stosownego wniosku w ciągu 14 dni. Gdy się o takiej możliwości (nie przymusie!) dowiedział, ten nieprzekraczalny, niepodlegający przywróceniu, termin zdążył już minąć.

   Tymczasem urzędnicy wrocławskiego ZUS-u, z Antonim Malaką (dyrektorem oddziału), Zbigniewem Rakiem (szefem prawników w tej placówce), Anną Kapucińską i Danutą Marciniszyn na czele, uznali, że skoro Kłykow nie skorzystał z przepisu promocyjnego, to nie ma on prawa skorzystać z przepisu podstawowego. Pisząc obrazowo: ich zdaniem, po 14 dniach ten uprawniony nieodwołalnie pozbawił się świadczenia przedemerytalnego, które należy się w ciągu 212 dni osobom często celowo nie poszukującym pracy i pobierającym zasiłek dla bezrobotnych non stop.

   Jeśli postępowanie Malaki i spółki nie było sabotażem polityki prozatrudnieniowej rządu, to co to było? Wspieranie jej przez podległych mu urzędników państwowych? 

   ZUS-owscy inwalidzi umysłowi konsekwentnie nie stwierdzali nic idiotycznego w zastosowaniu przez nich wobec Kłykowa przepisu promocyjnego w celu restrykcyjnym. Zatrważający debilizm tego rozumowania uświadomił im dopiero wrocławski sąd pracy w osobach Bożeny Rejment-Ponikowskiej i Jolanty Styczyńskiej-Szczotki, nakazując wypłatę ubezpieczonemu należnego mu świadczenia przedemerytalnego wraz z odsetkami za bezprawne blokowanie go przez dziewięć miesięcy.

   Pozostając przymusowo tak długo na statusie bezrobotnego, Kłykow nie mógł w tym czasie osiągnąć - poza zasiłkiem - choćby złotówki dodatkowego dochodu. Gdyby otrzymał świadczenie przedemerytalne bez zbędnej zwłoki, mógłby dorobić do niego w ramach dozwolonych limitów.

   Posiłkując się oficjalnym dokumentem ZUS, Kłykow obliczył z rzadko możliwą dokładnością do jednego grosza, ile na owej bezprawnej blokadzie stracił. Ustalił przeciętną z tzw. widełek (od-do) i wystąpił do sądu z uśrednionym roszczeniem pieniężnym nie tylko za straty finansowe, lecz również za wyrządzone mu szkody moralne i zdrowotne.

   Mimo takiego jednoznacznego dowodu zasadności żądań Kłykowa wobec ZUS, ówczesna asesor Anna Sobczak (obecnie to sędzia Anna Sobczak-Kolek), zamiast wnioskowanych przez niego  30.570,42 zł, przyznała mu tylko 3 tys. zł zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych, odmawiając zarazem jakiegokolwiek odszkodowania. Zasądzona kwota została wzięta z sufitu i nie zrekompensowała pokrzywdzonemu nawet poniesionych przez niego kosztów procesu.

    Asesor Sobczak odmówiła Kłykowowi odszkodowania, ponieważ nie udowodnił on jej, że próbował podjąć pracę zarobkową w czasie swojego sporu z ZUS-em. Czyli wtedy, kiedy trwając nie z własnej woli na statusie bezrobotnego - nie mógł legalnie dorobić do zasiłku ani złotówki!

   Gdyby Kłykow próbę podjęcia pracy zarobkowej wykazał, wtedy zostałby zapewne - wpadając w prawną pułapkę - oskarżony o nieprzestrzeganie przepisów. I pod takim zarzutem nie tylko pozbawiony - tym razem słusznie - świadczenia przedemerytalnego, lecz również zobowiązany do zwrotu zasiłku dla bezrobotnych!

   Orzecznicza paranoja panny (obecnie pani) Sobczak? Ależ skąd, to wysublimowana logika asesorskiego niedouka.  

   Prawdziwie kryminalnym skandalem jest fakt, że na żadnym etapie postępowania sądowego, z odwoławczym i skargowym włącznie, rozpatrujący pisma Kłykowa sędziowie w ogóle nie wzięli pod uwagę przepisów dotyczących meritum jego sprawy. Poprzestając na sztuczkach formalnych, Urszula Kubowska-Pieniążek (recydywistka w tym towarzystwie), Grażyna Josiak, Elżbieta Sobolewska-Hajbert, Anna Kuczyńska, Izabela Bamburowicz, Beata Stachowiak, Ewa Gorczyca i Czesław Chorzępa zademonstrowali przestępczą i zarazem bezkarną - wszak skutecznie chroni ich immunitet - niezawisłość od ustaw z konstytucją włącznie.

   To nie jest tylko intrpretacyjne widzimisię Kłykowa. To wnioskowanie zgodne z wykładnią przepisów przez Sąd Najwyższy, też kompletnie zignorowaną przez Kubowską-Pieniążek i jej równie samowolnych współtowarzyszy w szwarckieckach z filoletowymi podgardlami.

   A wszystko to dzieje się za wiedzą (Kłykow im o tym pisał i/lub mówił), tudzież przyzwoleniem czołowych reprezentantów wrocławskiego tzw. wymiaru sprawiedliwości: prezesa Sądu Apelacyjnego, członka Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego przy ministrze sprawiedliwości - Andrzeja Niedużaka, prezes Sądu Okręgowego, członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa - Ewy Barnaszewskiej i rzecznika dyscyplinarnego dolnośląsko-opolskich sędziów - Marcina Cieślikowskiego…


piątek, 28 grudnia 2012

Lewe prawo (279)


   Ten tekst archiwalny z mojego „Bloga werdyka” z czerwca 2009 jest "ciągiem dalszym" felietonu przypomnianego tu dzień wcześniej.

SĘDZIA GROZI SĄDEM

POSZKODOWANEMU PRZEZ SĄD

   Ewa Barnaszewska, wiceprezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu i zarazem członek 25-osobowej Krajowej Rady Sądownictwa, pismem z 19.05.2009 zareagowała na mojego e-maila do niej z 17.05.2009. Poinformowała, że uzasadnienie wyroku SO z 29.04.2009 otrzymam wkrótce (kiedy dokładnie - nie sprecyzowała).

   Liczyłem, że ustosunkuje się też do moich zarzutów wobec tego rażąco nierzetelnego orzeczenia, autorstwa Elżbiety Sobolewskiej-Hajbert, Anny Kuczyńskiej i Izabeli Bamburowicz. Zapytałem m.in., dlaczego sąd w imieniu RP przyznał mi mniej pieniędzy niż wziął dla siebie i dlaczego domagał się ode mnie nielegalnego dorabiania podczas pobierania zasiłku dla bezrobotnych.

   Zamiast wyjaśnienia skandalu, Barnaszewska poczęstowała mnie pogróżką. Z typową dla kasty tzw. nietykalnych arogancją, eksponując argument siły (przeciwieństwo siły argumentu), oznajmiła czarno na białym: "Na pozostałą część pisma nie widzę konieczności udzielania odpowiedzi, bowiem zawiera ona [tak w oryginale, powinno być raczej „ono” - przypisek mój] sformułowania o treści obraźliwej wobec sędziów [dodam od siebie, że dotyczy to blogowego felietoniku pt. „ZUS ma to z głowy, sąd - na głowie”], co narusza powagę wymiaru sprawiedliwości i może pociągać za sobą odpowiedzialność karną".

   Zapewniam uprzejmie, że nie dam się zastraszyć. Byłbym zaszczycony takim "wyróżnieniem". Marzę, abym ja, pokrzywdzony wcześniej przez ZUS, a teraz przez sąd, mógł wystąpić w nim w roli przezeń oskarżonego. Ktoś musi mieć odwagę zdecydowanie sprzeciwić się absurdom trzeciej władzy, zwanej - o ironio - wymiarem sprawiedliwości.

   Nie przestanę "obrażać" dopóty, dopóki Barnaszewska lub inny prominentny funkcjonariusz polskiej Temidy nie wyjaśni sensownie, bez przemilczania lub mataczenia, dlaczego Sobolewska-Hajbert, Kuczyńska i Bamburowicz wykombinowały wyrok, z którego wynika, że nie przyznały mi one odszkodowania (wyliczalnego co do grosza na podstawie ZUS-owskiego dokumentu), ponieważ postępowałem zgodnie z prawem i nie próbowałem naruszyć obowiązujących przepisów (blokowanie należnego świadczenia przedemerytalnego przez ponad 9 miesięcy uniemożliwiało podjęcie w tym czasie jakiejkolwiek pracy zarobkowej).

   A co do "naruszania powagi wymiaru sprawiedliwości", to z pewnością jej nie służy wyrok z 29.04.2009.


czwartek, 27 grudnia 2012

Lewe prawo (277)


    Przeżyłem koniec świata i równie bajeczne Boże Narodzenie - czas na powrót do rzeczywistości naszego "państwa prawa". Wznawiam pismaczenie w tym miejscu od przypomnienia tekstu archiwalnego z maja 2009 z mojego "Bloga weredyka".
 
ZUS MA TO Z GŁOWY,

SĄD - NA GŁOWIE

   Na obecnym etapie mojej wojny z bezprawiem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych najbardziej zadowolony może być… sam ZUS, ściślej: jego funkcjonariusze. Czym prędzej wypłacili mi 3 tys. zł zasądzonego zadośćuczynienia za ponad 9-miesięczną zwłokę w przyznaniu należnego świadczenia przedemerytalnego - i mają sprawę z głowy. Swą debilność udało się im okupić minimalnym kosztem. A moje wciąż aktualne roszczenie odszkodowawcze scedowali na głowy bezmyślnie rozstrzygających sędziów Wydziału Cywilnego Odwoławczego Sądu Okręgowego we Wrocławiu: Elżbiety Sobolewskiej-Hajbert, Anny Kuczyńskiej i Izabeli Bamburowicz.

   Ten damski tercet wlazł - opisując niearomatycznie, ale za to plastycznie - w ZUS-owskie gówno i się nim ufajdał. Na własne życzenie! Teraz musi sensownie wyjaśnić, dlaczego sąd "w imieniu RP" przyznał mi mniej pieniędzy niż wziął dla siebie i dlaczego domagał się ode mnie nielegalnego dorabiania podczas pobierania zasiłku dla bezrobotnych. Chcę też znać odpowiedź na pytanie, czy wyrok z 29.04.2009 jest dowodem tylko na niepełnosprawność intelektualną składu orzekającego, czy także na świadome i celowe pogwałcenie mojego prawa do rzetelnego procesu.

   A wszystko to dzieje się w placówce "wymiaru sprawiedliwości", w której nadzór nad orzecznictwem w sprawach cywilnych sprawuje Ewa Barnaszewska - członek elitarnej Krajowej Rady Sądownictwa. Symboliczny zbieg okoliczności.
 
 

środa, 19 grudnia 2012

Lewe prawo (271)


   Ten tekst archiwalny z mojego "Bloga werdyka" jest dwa miesiące młodszy od przypomnianego tu wczoraj. Oba do siebie pasują...

INTELIGENTNI POSZUKIWANI

   ZUS-owska bezmyślność zdaje się nie mieć granic. Telewizja TVN 24 doniosła, że instytucja ta przesyła niektórym emerytom, listami poleconymi, druczek o treści: "Niniejszym oświadczam, że pozostaję przy życiu i zamieszkuję pod wskazanym adresem". Adresaci muszą się pod tym dokumentem podpisać i odesłać do nadawcy. Organ rentowy tłumaczy absurdalną procedurę jak zwykle: takie są przepisy, my je tylko realizujemy.

   - Wygląda na to, że mają tam kompletny bajzel - zirytowała się Joanna Kluzik-Rostkowska, poprzednia minister pracy i polityki społecznej. - Wszystkie takie informacje urzędnik powinien przecież bez problemu odnaleźć w systemie PESEL.

   Zdaniem obecnej rzecznik Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej Bożeny Diaby, też oburzonej całą sprawą, zawiniły tu nie przepisy, lecz ich niefortunna interpretacja. "To jest kolejna sytuacja, kiedy nie trzeba zmieniać prawa, tylko wymagać od urzędników elementarnej inteligencji" - skomentowała.

   Jakby mi z ust wyjęła. Dokładnie tego samego domagam się od funkcjonariuszy ZUS-u ładnych parę lat!

06.2008

czwartek, 13 grudnia 2012

Lewe prawo (265)

 
RÓŻNICE
 
   Sędziowie jak (też) ludzie - są różni. To mało odkrywcze spostrzeżenie ogólne spróbuję ukonkretnić szczegółowymi przykładami orzecznictwa w moich procesach przeciwko bezprawiu aparatczyków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

    Są w mniejszości, ale spotkałem we Wrocławiu sędziów prawych i sprawiedliwych: Bożenę Rejment-Ponikowską i Jolantę Styczyńską-Szczotkę. Orzekały z poszanowaniem litery i ducha ustaw, zgodnie z faktami i rozsądkiem. Na mocy ich decyzji sprawcy samowolki (urzędnicy ZUS, którzy zastosowali w celu restrykcyjnym przepis premiujący aktywność zawodową bezrobotnego) musieli spełnić moje - pokrzywdzonego - żądania. Dostałem należne świadczenie przedemerytalne i odsetki za nieuzasadnioną zwłokę w jego wypłacaniu.

   Niestety, dominują sędziowie nieprawi i niesprawiedliwi. Nawet jeśli trzymają się litery prawa, to jednocześnie masakrują jego ducha. Tak orzekała Anna Cieślińska. Opowiedziała się po stronie ZUS-u, represjonującego mnie za nieskorzystanie z nieobligatoryjnego przepisu promocyjnego (stało się tak, ponieważ zostałem wprowadzony w błąd przez nieudolną biurwę Powiatowego Urzędu Pracy).

   Natomiast cała reszta: Anna Sobczak (obecnie Sobczak-Kolek), Elżbieta Sobolewska-Hajbert, Anna Kuczyńska, Izabela Bamburowicz, recydywistka Urszula Kubowska-Pieniążek, Beata Stachowiak, Ewa Gorczyca, Grażyna Josiak i Czesław Chorzępa - to wzorce sędziowskiej samowolki. Dowiedli oni swymi orzeczeniami, że mają gdzieś (co najmniej w nosie) i ducha, i literę prawa. Kompletnie zignorowali te przepisy ustawowe, które - o czym świadczy nie tylko moje widzimisię, również ich interpretacja przez Sąd Najwyższy - nakazywały przyznać mi nie tylko symboliczne (nierekompensujące nawet poniesionych kosztów procesu) zadośćuczynienie, lecz i odszkodowanie (za wyliczone, na podstawie oficjalnego dokumentu ZUS, z rzadko możliwą dokładnością do jednego grosza, straty finansowe).

    I tak będzie - w mojej i jej podobnych sprawach - do końca świata, a już na pewno dłużej niż do 21.12.2012. Dopóty, dopóki władza polityczna nie ukróci wreszcie orzeczniczej przestępczości władzy sądowniczej, rozzuchwalonej własną bezkarnością. Na razie funkcjonariusze tzw. wymiaru sprawiedliwości, chronieni immunitetem przed jakąkolwiek odpowiedzialnością za przekraczanie uprawnień, mogą krzywdzić już pokrzywdzonych do woli. Pokazując im bezczelnie tzw. gest Kozakiewicza z sugestią: "No i co nam zrobicie?", tudzież cytując jak swoje pamiętne przejęzyczenie premiera Jarosława Kaczyńskiego z 19.07.2006 z jego expose w Sejmie: "Żadne krzyki i płacze nie przekonają nas, że białe jest białe, a czarne jest czarne".

   Na marginesie: ironią losu jest fakt, że o ile walczyłem z ZUS-em nieomal na śmierć i życie o gówniane świadczenie przedemerytalne (pod koniec jego pobierania w 2009 było to 659,66 zł netto miesięcznie), o tyle bez żadnej niepotrzebnej wojny z tą instytucją otrzymuję punktualnie godziwą wcześniejszą emeryturę (po odliczeniu podatku i składki na ubezpieczenie zdrowotne, obecnie 3.571,81 zł do kieszeni). Ujawniam dochód, wszak tego samego wymagam na co dzień od osób publicznych.
 
 

sobota, 1 grudnia 2012

Lewe prawo (251)


NA ZASTRASZANIE TEŻ JEST PARAGRAF

   W państwie demokratycznym obywatel skrzywdzony przez władzę nie powinien się jej bać.

   Dyrektor wrocławskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Antoni Malaka próbował mnie zastraszać. Przeszło rok temu [to tekst archiwalny z czerwca 2008] zacząłem jemu i jego współpracownikom zarzucać niezdolność do logicznego rozumowania i debilizm prawniczy (przejawiający się represjonowaniem bezrobotnego na podstawie przepisu, który miał go premiować za aktywność zawodową). Malaka poczuł się znieważony tą trafną diagnozą i doniósł na mnie do prokuratury. Na jej zlecenie przesłuchiwała mnie, w charakterze świadka, policjantka śledcza. Złożyłem wyjaśnienia, przedstawiając twarde dowody urzędniczej głupoty - i nastała cisza, trwająca w przypadku tego wątku sporu do dziś.

   Wygląda na to, że organa ścigania nie znalazły podstaw do oskarżenia mnie o znieważenie funkcjonariuszy państwowych, a sam Malaka się zreflektował i od tamtego czasu żadnymi szykanami mi nie grozi. Gdyby to robił, naraziłby się na odpowiedzialność z art. 190 par. 1 Kodeksu karnego: "Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2" oraz na odpowiedzialność z art. 246 kk: "Funkcjonariusz publiczny lub ten, który działając na jego polecenie w celu uzyskania określonych zeznań, wyjaśnień, informacji lub oświadczenia stosuje przemoc, groźbę bezprawną lub w inny sposób znęca się fizycznie lub psychicznie nad inną osobą, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10".
 
   Na zdjęciu: A tak wygląda siedziba "mojego" inspektoratu ZUS przy ul. Litomskiej we Wrocławiu. 
 
 

piątek, 30 listopada 2012

Lewe prawo (250)


ZUS POPIERAJMY CZYNEM

 - UMIERAJMY PRZED TERMINEM

   Mieszkający we Wrocławiu niemiecki historyk i politolog - profesor Klaus Bachmann jest też dziennikarzem współpracującym z "Gazetą Wyborczą". 11.02.2008 w swojej felietonowej rubryce „Klaustrofobia” podzielił się wrażeniami z wypełniania za któregoś ze znajomych ZUS-owskiego wniosku o rentę rodzinną.

   Zauważył, że w formularzu tym ZUS zwraca się bezpośrednio do zmarłego z pytaniem, czy posiada NIP. Nieboszczyk ma do wyboru dwie odpowiedzi: „Tak, posiadam” albo „Nie, nie posiadam”.

   Jeśli zmarły - kontynuuje K. B. - będzie zbyt smutny z powodu zgonu swojego lub osoby mu bliskiej, ZUS może go profesjonalnie rozśmieszyć końcowym pytaniem o takim brzmieniu: „Czy do dnia śmierci współmałżonka małżeństwo nie było rozwiązane wyrokiem sądu - tak lub nie”. I tu zagadka: należy odpowiedzieć „tak”, aby zaprzeczyć, czy lepiej odpowiedzieć „nie”, aby potwierdzić?

   Redaktor Bachmann może sobie robić żarty z pogrzebu, bo jest obcokrajowcem z poczuciem nie tylko humoru, ale i zdrowego rozsądku. Jednak cosik mi się widzi, że ponadto on również, przynajmniej troszeczkę, Polakom z Zuslandu zwyczajnie, po europejsku, współczuje.

pro1@onet.eu

środa, 14 listopada 2012

Lewe prawo (233)

 
PROMOCJA ZATRUDNIENIA WEDLE ZUS

   Osobom rozumującym logicznie nie sposób w to uwierzyć, ale prawdą jest, że jedyną przyczyną samowolnego, ponad 9-miesięcznego, od 26.09.2006 do 12.07.2007, odmawiania mi przez ZUS należnego świadczenia przedemerytalnego, było nieskorzystanie na czas z przepisu promocyjnego, premiującego bezrobotnego za jego aktywność zawodową (za utrzymywanie się nie z zasiłku dla bezrobotnych z budżetu państwa, lecz z płacy za pracę). Debilni urzędnicy z tej instytucji nijak nie potrafili zrozumieć, że nie mają prawa represjonować kogokolwiek na podstawie przepisu, z którego uprzywilejowany skorzystać mógł, ale wcale nie musiał!

   Aby uświadomić, jak przeogromną głupotę zademonstrowali reprezentanci ZUS-u, posłużę się dykteryjką z Kauflandu - hipermarketu znajdującego się najbliżej mojego miejsca zamieszkania. W ostatnim dniu całotygodniowej promocji, czyli w przypadku tego centrum handlowego w piątek, zapomniałem kupić tam koszyczek truskawek, oferowanych klientom niemal za półdarmo. Przypomniałem sobie o tych smacznych owocach w sobotę, gdy miały już one cenę prawie dwukrotnie wyższą.

   Gdyby kasjerka z hipermarketu miała iloraz inteligencji zbliżony do posiadanego przez urzędników ZUS-u, zaangażowanych w szykanowanie mnie, i gdyby wiedziała ona, że w przeddzień nie skorzystałem z promocji - mogłaby mi odmówić sprzedaży owych truskawek. Skoro bowiem nie kupiłem taniej, nie mam prawa kupić drożej (chyba że… zezwoli mi na to wyrok sądowy).

   Idiotyczne? Nie dla dyrektora wrocławskiego ZUS Antoniego Malaki i jego równie sprawnych intelektualnie współpracowników.

[felieton z mojego "Bloga weredyka" z czerwca 2008]


niedziela, 11 listopada 2012

Lewe prawo (230)


BLOGERSKA PIĘCIOLATKA

   Dziś, 11.11.2012, celebr(yt)uję drewniane gody: piątą rocznicę swojego blogowania.

   Zaczęło się od pismaczenia o koszmarnej głupocie urzędników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, którzy zastosowali wobec mnie przepis promocyjny (premiujący aktywność zawodową) w celu restrykcyjnym. Przez przeszło 9 miesięcy nijak nie potrafili pojąć, że interpretując literę prawa tak idiotycznie - sabotowali politykę prozatrudnieniową rządu!

   Po pewnym czasie zupełnie niespodziewanie głównymi bohaterami moich postów stali się inteligentni inaczej wrocławscy sędziowie: nie przyznali mi oni należnego - wyliczalnego co do grosza - odszkodowania za straty finansowe, poniesione wskutek nielegalnych decyzji ZUS, ponieważ nie udowodniłem im, że próbowałem podjąć pracę w czasie, w którym na zarobienie choćby złotówki nie pozwalały obowiązujące ustawy. Najwyraźniej nie byli zdolni zrozumieć, że podżegali pokrzywdzonego do - jakby zabełkotali prokuratorzy - czynu zabronionego!

   Moje blogi (osobisty i współredagowany od 20.03.2012 pod szyldem Trybunału Obywatelskiego) dokumentują te i podobne paranoje życia publicznego w Polsce. Są m.in. gotowymi załącznikami do aktów oskarżenia, gdy nastanie pora koniecznych rozliczeń sędziów z ich nieprawości.

   A póki co, zatykając nos, trwając z otwartymi oczami i uszami, opisuję to sądowe szambo. Z wiarą, że ktoś (władza legislacyjna i egzekucyjna) kiedyś (im wcześniej, tym lepiej dla państwa prawa) ów gnój z placówek tzw. wymiaru sprawiedliwości wreszcie wydali, a przestępców orzekających tam "w imieniu RP" ukarze za ich samowolkę.

   PS. Uprzejmie nie dementuję, że doczepiona do tego wpisu ilustracja z sierpem i sędziowskim młotkiem ma się - oczywizda - kojarzyć...
 
 

niedziela, 4 listopada 2012

Lewe prawo (222)


   Dziś zestaw dwóch archiwalnych kawałków z mojego "Bloga weredyka", pozornie niemających ze sobą bezpośredniego związku.

KAZUISTYCZNA RZECZYWISTOŚĆ

   Odrzucając - postanowieniem z 24.01.2011 - mój ponowny wniosek o wznowienie procesu w sprawie roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, sędziowie Sądu Okręgowego we Wrocławiu: Grażyna Josiak, Urszula Kubowska-Pieniążek i Czesław Chorzępa uzasadnili swą decyzję rzekomym brakiem "rzeczywistej podstawy skargi". Czym to się je? (jak się powiadało u nas na podwórku przy okazji wyjaśniania jakiegoś niejednoznacznego fragmentu większej całości).
 

   Dla owego tercetu "rzeczywistą podstawą skargi" nie jest przywołany przeze mnie wyrok Sądu Najwyższego - dowód zasadności żądania odszkodowania od ZUS-u za wyliczalne z dokładnością do jednego grosza straty finansowe (dostałem tylko symboliczne zadośćuczynienie).

   "Rzeczywistą podstawą skargi" nie jest dla nich również popełnienie przez sędzie, wyrokujące w procesie z mojego powództwa, przestępstwa przekroczenia uprawnień, polegającego na nieuwzględnieniu (mimo konstytucyjnego obowiązku) przepisów ustaw: o świadczeniach przedemerytalnych oraz o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.

   Wygląda na to, że dla Josiak, Kubowskiej-Pieniążek i Chorzępy "rzeczywistą podstawą skargi" jest taka podstawa skargi, którą za rzeczywistą uznają oni sami wedle własnego, niezawisłego od zdrowego rozsądku i reszty świata, widzimisię. I takiej interpretacji prawa należy się trzymać, wpisując ją oczywiście do annałów orzeczniczej kazuistyki.

ANATOMIA PRAWNIKA

   Komentarz internauty o nicku Lekarz pod jednym z tekstów czasopisma internetowego Afery Prawa:

   "Najłatwiejsi do zoperowania są prawnicy: nie mają serca, nie mają kręgosłupa, nie mają jaj, a głowę i tyłek można bez problemów zamienić miejscami".
 
 

sobota, 3 listopada 2012

Lewe prawo (221)


SZCZYTY GŁUPOTY

   ZUS-owskim szczytem głupoty nazwałem zastosowanie wobec mnie przepisu promocyjnego (premiującego aktywność zawodową) w celu restrykcyjnym (ograniczającym moje prawo do świadczenia przedemerytalnego aż do całkowitego jego pozbawienia). Demonstrując koszmarny debilizm, funkcjonariusze tej instytucji (m.in. Danuta Marciniszyn, Anna Kapucińska, Zbigniew Rak, Antoni Malaka, Halina Wolińska i Wanda Pretkiel) przez ponad 9 miesięcy sabotowali politykę prozatrudnieniową rządu i upodlali mnie za to, że postanowiłem nie brać kasy z budżetu państwa i utrzymywać się nie z pieniędzy podatników, lecz z płacy za pracę.
 
   Z kolei na miano sądowego szczytu głupoty zasługuje wykładnia Elżbiety Sobolewskiej-Hajbert z Wydziału Cywilnego Odwoławczego Sądu Okręgowego we Wrocławiu, poparta przez - uzupełniające skład orzekający w procesie apelacyjnym - Annę Kuczyńską i Izabelę Bamburowicz. Manifestując zdumiewającą niezawisłość od zdrowego rozsądku, uznały one, że odszkodowanie za bezprawie ZUS mi się nie należy, bo podczas bezpodstawnego odmawiania świadczenia przedemerytalnego nie chciałem złamać obowiązującego prawa i powstrzymywałem się od prób nielegalnego dorobienia do zasiłku dla bezrobotnych (gdybym osiągał wtedy jakiekolwiek dochody - utraciłbym zarówno zasiłek dla bezrobotnych, jak i świadczenie przedemerytalne).

   Logika sędziowskiego rozumowania w mojej sprawie jest zniewalająca: gdybym zignorował przepisy - miałbym odszkodowanie; skoro postępowałem zgodnie z nimi - nie dostałem nic. Jeśli nie liczyć pouczającej lekcji (nie)uczciwości.
 
 

środa, 17 października 2012

Lewe prawo (203)


W JAKIM BURDELU JA ŻYJĘ…

   Żyję w państwie, gdzie na jednym z najdroższych na świecie i najnowocześniejszym w kraju stadionie, dumnie zwanym "Narodowym", mecz piłkarski Polska - Anglia nie mógł się odbyć w zaplanowanym dniu, 16.10.2012, bo na tym zadaszonym obiekcie boisko zatopiła deszczówka (takiego lania goście się nie spodziewali).

   Żyję w państwie, gdzie urzędnicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przepis promocyjny, nagradzający za aktywność zawodową, zastosowali wobec mnie w celu restrykcyjnym, jako trwającą ponad dziewięć miesięcy karę za to, że zawiesiłem pobieranie zasiłku dla bezrobotnych z kasy publicznej i utrzymywałem się z płacy za pracę.

   Żyję w państwie, gdzie sędziowie sądów powszechnych od przeszło czterech lat trzymają się absurdalnego dogmatu, że aby dostać odszkodowanie za wyliczalne co do grosza straty finansowe, spowodowane ZUS-owskim bezprawiem, powinienem udowodnić, że próbowałem podjąć zatrudnienie w czasie, w którym nie pozwalała mi na to litera obowiązujących ustaw.

   Żyję w państwie, gdzie ponoć są jakieś władze, ale nie ma nikogo odpowiedzialnego za ten totalny burdel, w którym byle nieudacznik o statusie funkcjonariusza publicznego jest bezkarnym panem cudzych losów, a zwykły obywatel - upodlanym śmieciem.


   PS 1. Znam wiarygodną przyczynę wtopy (w przenośni i dosłownie) na Stadionie Narodowym: dach nad warszawskim cudem architektury sportowej nie został zamknięty, bo prokuratura nie przedstawiła żadnego zarzutu, a sąd nie wydał stosownego postanowienia...   

   PS 2. Nazajutrz na osuszonym boisku nikt lania nie dostał - wykopano remis.