Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokuratura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokuratura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2013

Lewe prawo (321)

 
TOTALITARYZM PROKURATORSKO-SĘDZIOWSKI
 
W DEMOKRATYCZNEJ III RP
 
   W swoich blogach Janusz Wojciechowski - prawnik, były asesor prokuratorski, sędzia, prezes Najwyższej Izby Kontroli i ostatnio adwokat, od pewnego czasu polityk, a obecnie eurodeputowany - znów oskarża środowiska zawodowe, z których się wywodzi (pośrednio siebie samego też!).

   W tekście z 31.01.2013, zatytułowanym "Prokurator automatyczny nie ma sobie nic do zarzucenia", opisuje, przypomnianą w przeddzień przez TVN 24, sprawę Doroty Mrugały z Buska-Zdroju. Została ona pomówiona przez jakiegoś gangstera o zlecenie zabójstwa eksmęża. Trafiła - na wniosek prokuratora, postanowieniem sądu - do aresztu śledczego w Kielcach. Była w nim trzymana 9 miesięcy. Aż do śmierci.

   Wojciechowski zaczyna prowokacyjnie: "Zamknąłem niewinną kobietę i co mi zrobicie?". Po czym rozwija temat, pisząc (cytuję z drobnymi poprawkami redakcyjnymi):

   "W programie telewizyjnym wypowiadał się prokurator. Nie zapamiętałem jego nazwiska i nie jestem pewien, czy ma on jakieś nazwisko. Bo z tego, co mówił, wynikało, że był to prokurator automatyczny. Zero refleksji, zero krytycyzmu wobec siebie. Nie przeprasza, bo za rzetelną pracę przepraszać nie trzeba. W końcu to sąd aresztował, on tylko wnioskował.

   No i co z tego, że niewinna kobieta umarła w więzieniu. Prokurator automatyczny nie ma sobie nic do zarzucenia. Spokojnie zjada z rodziną niedzielny obiad, chodzi z dziećmi na spacery, w czasie urlopu wyjedzie sobie na narty i nic nie mąci spokoju jego sumienia.

   Bardzo łatwo prokuratura i sądy wierzą w zeznania świadków koronnych. Nazbyt łatwo. Znam wiele spraw, gdzie niczym nie potwierdzone pomówienie jednego przestępcy wystarczyło do aresztowania i skazania ludzi. Jest od tej reguły jeden wyjątek - gdy świadkowie koronni pomawiają o łapówki sędziego albo prokuratora. Wtedy stają się całkowicie niewiarygodni. Kto by tam przestępcy wierzył.

   Prokurator automatyczny nie potrzebuje przepraszać, nie potrzebuje się tłumaczyć, nie musi czegokolwiek się obawiać. Podobnie jak sędzia automatyczny. Odpowiedzialność za błędy wymiaru sprawiedliwości nie istnieje. Odpowiada za błąd dróżnik, który nie zamknął szlabanu, odpowiada rolnik na traktorze, bo lusterko miał za krzywe, odpowiada lekarz, że gazę w sercu pacjenta zostawił, ale wymiar sprawiedliwości, choćby popełnił piramidę głupstw, choćby przez lata więził, a nawet wyprawił na tamten świat Bogu ducha winnego człowieka - nie odpowiada nigdy. Błędy lekarzy kryje ziemia, a błędów sędziów i prokuratorów nic nie kryje. Automatyczny sędzia, automatyczny prokurator żadnej odpowiedzialności nie ponosi. A w obliczu nawet najbardziej oczywistych błędów może z kamienną twarzą powiedzieć do kamery: „za rzetelną pracę się nie przeprasza”…

   Coś trzeba zrobić z tym narastającym totalitaryzmem wymiaru niesprawiedliwości, bo każdego może spotkać to, co spotkało Dorotę Mrugałę. Może to spotkać mnie. Może to i Ciebie spotkać, drogi Czytelniku. Dla automatycznego prokuratora i automatycznego sędziego wystarczy, że jakiś przestępca wskaże na Ciebie palcem”.

    W licznych komentarzach pod tym tekstem internauci nie oszczędzają nie tylko prokuratury i sądu, Wojciechowskiego również. Przecież - przypominają - był on dwukrotnie wybrany do Sejmu i współdecydował w nim o takim kształcie prawa, które wciąż gwarantuje prokuratorom i sędziom bezkarność za ich służbowe błędy.

   Wojciechowski tłumaczy, że bez poparcia parlamentarnej większości pojedynczy poseł ustaw nie zmieni. Aż strach pomyśleć, że pokrzywdzony zwykły obywatel tym bardziej nie ma szans w konfrontacji z prokuratorską i sędziowską samowolką w majestacie "państwa prawnego".  

   Moją uwagę zwrócił zwłaszcza komentarz internauty Andrzeja Tokarskiego (cytuję go po adiustacji):

   "Panie Pośle, proszę tego nie brać do siebie - jednak wydaje się, że dla wielu przedstawicieli tzw. wymiaru sprawiedliwości niezawisłość powinna zostać zawieszona. Dosłownie. Innymi słowy - za swe łajdactwa powinni się zacząć bać. Fizycznie. Bać się szybkiego i nieuchronnego wykluczenia z zawodu. Zajęcia majątku na pokrycie szkód wyrządzonych obywatelom. Lub, jeżeli to nie nastąpi - a wiemy, że nie nastąpi - fizycznej zemsty poszkodowanych.

   Historia o królu Dariuszu daje tu do myślenia. Wykonał on następujące kroki:
  
   1. Złego sędziego kazał obedrzeć ze skóry.
  
   2. Skórą kazał obić fotel sędziowski.
  
   3. Na wakujące stanowisko mianował syna wspomnianego sędziego.
  
   4. Wręczając mu nominację, powiedział: „wydając wyroki, pamiętaj na czym siedzisz”.
  
   Środowisko, jak mało które przesiąknięte łajdactwem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, pod wpływem dobrego słowa nie nawróci się. Może jedynie zostać zmuszone lub wymienione".

   Też tak sądzę. 

   PS. Ustaliłem, że prokuratorem, który ponosi winę za aresztowanie Doroty Mrugały, jest Dariusz Dryjas. A owym władcą z komentarza Andrzeja Tokarskiego był król perski Dariusz I Wielki, żyjący w latach ok. 550-486 przed naszą erą.


piątek, 25 stycznia 2013

Lewe prawo (310)


BYŁY SZEF PROKURATORÓW

NIE ZNA PRAWA

   Przewodniczący Krajowej Rady Prokuratury - Edward Zalewski jest znany zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Urodził się 20.02.1957 we Wrocławiu i tu został magistrem prawa po studiach uniwersyteckich. Karierę prokuratora zaczynał w Legnicy, gdzie m.in. oskarżał działaczy opozycji antykomunistycznej. Tamże wstąpił do PZPR pod koniec jej istnienia. Od 6.03.2009 do 31.03.2010 był prokuratorem krajowym.

   Po przegraniu konkursu na oddzielony od ministra sprawiedliwości urząd prokuratora generalnego (ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński wybrał i nominował kontrkandydata Andrzeja Seremeta), Zalewski postanowił skorzystać z możliwości przejścia w stan spoczynku. Będąc 53-letnim emerytem uznał, że otrzymywane - na mocy decyzji Seremeta - 15 tys. zł miesięcznie (równowartość swego dotychczasowego uposażenia) za nicnierobienie to za mało. Domagał się jeszcze kolejnych 3 tys. zł (tyle wynosił jego dodatek za pełnienie funkcji prokuratora krajowego).

   W przypadku płac, wobec prokuratorów stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące sędziów. Stanowią one, że do czasu osiągnięcia wieku 65 lat przechodzącemu w stan spoczynku przysługuje uposażenie "w wysokości wynagrodzenia pobieranego na ostatnio zajmowanym stanowisku".

   Ten zapis okazał się za trudny do zrozumienia dla prawnika Zalewskiego. Mało tego: były szef polskich prokuraturów nie wiedział, do jakiego sądu wystąpić ze swym roszczeniem!

   Odwołał się od decyzji Seremeta wprost do Sądu Najwyższego. Ten wniosek uznał za prawnie niedopuszczalny i go odrzucił. Pouczył prominentnego prokuratora, że nawet on musi zaczynać procesowanie się od najniższej instancji. Jest nią w tym przypadku sąd pracy.

   W pierwszej i drugiej instancji żądanie Zalewskiego, aby w dalszym ciągu wypłacać mu dodatek funkcyjny, załatwiono odmowie. Jego skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego też nie uwzględniono.


piątek, 18 stycznia 2013

Lewe prawo (303)


BEZPIECZNIEJ ORZEKAĆ NIEZAWIŚLE OD USTAW

NIŻ JEŹDZIĆ PO PIJAKU

   Tej sprawy nie dało się zamieść pod dywan choćby dlatego, że upublicznili ją pismacy. Chcąc nie chcąc, sędziowie - koledzy Tomasza B. uchylili mu immunitet.

   Ten karnista, były rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Świdnicy na Dolnym Śląsku, odpowie za kierowanie samochodem po pijanemu. Został zatrzymany przez policję 12.02.2012, gdy wyjeżdżał swoim autem z promu. Jak się okazało po przebadaniu alkomatem, miał w organizmie ponad 0,5 promila alkoholu.

   Prokuratura Rejonowa w Gdyni skierowała już do tamtejszego Sądu Rejonowego akt oskarżenia przeciwko sędziemu Tomaszowi B. Grozi mu do dwóch lat więzienia, a przynajmniej grzywna.

   Od wyroku zależy też przyszłość zawodowa Tomasza B. Może otrzymać którąś z pięciu kar dyscyplinarnych, od upomnienia po wydalenie z urzędu sędziego.

   Na razie Tomasz B. jest zawieszony w wykonywaniu obowiązków służbowych. Nadal otrzymuje wynagrodzenie, nieco tyko za nicnierobienie obniżone.

   Przypadek Tomasza B. to kolejny dowód na potwierdzenie opinii, że sędziowie III RP muszą bardziej obawiać się przyłapania ich na jeździe po pijaku niż na orzekaniu niezawiśle od ustaw. Bo za popełnianie takich przestępstw przekroczenia swoich konstytucyjnych uprawnień (m.in. w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) żadna kara im praktycznie nie grozi.


wtorek, 8 stycznia 2013

Lewe prawo (292)

 
SĄD POKRZYWDZONY.
 
 NA KOSZT OBYWATELA

   Orzekając na podstawie błędnej informacji z banku, Sąd Rejonowy w Tarnowie nakazał mieszkańcowi tego miasta Edwardowi P. wypłacić byłej żonie 200 tys. zł w ramach podziału majątku po rozwodzie. Kiedy poniewczasie pomyłka wyszła na jaw - prokuratura uznała, że jedynym pokrzywdzonym w sprawie jest… tenże sąd.

   Tę równie nieprawdopodobną, co jak najbardziej prawdziwą historyjkę opublikował Jarosław Sidorowicz w krakowskim dodatku "Gazety Wyborczej" z 25.01.2011.

   Bank, który początkowo wypierał się winy, w końcu do pomyłki się przyznał, choć nie omieszkał dodać, że doszło do niej z "przyczyn, których obecnie nie sposób ustalić". Mając takie pismo w ręku, Edward P. próbował szukać sprawiedliwości w prokuraturze. Zawiadomił ją, że bank zataił istotne informacje o koncie. Prokuratura jednak odmówiła wszczęcia śledztwa, uzasadniając to ustaleniem, że pokrzywdzonym w sprawie jest nie Edward P., lecz sąd - adresat błędnej informacji.

   Faktyczny poszkodowany, na niebagatelną kwotę 200 tys. zł, zwrócił się więc do prezesa SR w Tarnowie, że skoro za pokrzywdzonego uznano instytucję kierowaną przez niego, to teraz niech on odwoła się od decyzji organu ścigania. Prośba niby logiczna, ale nie dla funkcjonariuszy publicznych. Prezes nie zareagował. A prokuratorzy, odmawiając Edwardowi P. wszczęcia śledztwa ponownie, stwierdzili czarno na białym: "Złożenie przez pokrzywdzonego [czyli sąd - przypisek mój] zażalenia jest jego prawem, a nie obowiązkiem".
  

   Aby nie przekraczać limitu brzydkich wyrazów w niniejszym blogu - tym razem poprzestaję na opisie, rezygnując z komentarza.
 
 
pro1@onet.eu

wtorek, 18 grudnia 2012

Lewe prawo (270)


   Kolejny tekst archiwalny z mojego "Bloga werdyka", ku pamięci.
 
PRAWNY (NIE)PORZĄDEK

   Porządek prawny w "państwie prawnym" - jak nasza obowiązująca konstytucja definiuje Rzeczpospolitą Polską - charakteryzuje się zwyczajnym bałaganem. Ten system jest chory, a uzdrowiciela brak.

   Pół biedy, jeśli jakiś przepis okaże się być ewidentnie sprzeczny z ustawą zasadniczą. Trybunał Konstytucyjny - nierychliwy, ale sprawiedliwy - jeszcze jako tako czuwa. Cała bieda, gdy np. jakaś biurwa zinterpretuje sensowny przepis bez zrozumienia jego treści i celu. Wówczas zazwyczaj głupieją także prokuratura i sąd. I zamiast ukarać winnych postępowania na szkodę obywatela - bronią ich przed nim jak niepodległości.

   Wiem, o czym piszę. Mam to, niestety, przećwiczone na przykładzie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Bezradna wydaje się być nawet sejmowa speckomisja "Przyjazne państwo" pod przewodnictwem pajacowatego posła biznesmena Janusza Palikota. Tropi ona bowiem buble prawne, a nie upośledzonych umysłowo urzędników.

04.2008

piątek, 14 grudnia 2012

Lewe prawo (266)

 
"W SIECI",
 
CZYLI "UWAŻAM RZE" PO NOWEMU
 
   Pierwszy numer "W Sieci" przegapiłem, ale drugi już wytropiłem i kupiłem. Nowy dwutygodnik wygląda na ideowo-polityczną kontynuację tygodnika "Uważam Rze". Ci sami autorzy, te same rubryki. Chociaż widoczne są też zmiany, począwszy od redaktora naczelnego (już nie Paweł Lisicki, lecz Jacek Karnowski), a na kwadratowym formacie (wielce w polskiej prasie nietypowym) kończąc.

   Pokaż mi swoją okładkę, a powiem ci kim jesteś… Ozdobą pierwszego numeru "W Sieci" była twarz Marty Kaczyńskiej, coraz bardziej wierzącej w zamach jako przyczynę katastrofy smoleńskiej i śmierci jej rodziców. W drugim dano na pierwszą stronę główki (uszeregowane rzędem, profilami) premiera Donalda Tuska, rzecznika rządu Pawła Grasia i wydawcy "Uwarzam Rze" Grzegorza Hajdarowicza. Kojarzą się jednoznacznie z kultowym dla komunistów wspólnym portretem Marksa, Engelsa i Lenina (był czas, gdy dołączano do tej trójcy Stalina - jak na załączonym obrazku). Dodatkowym smaczkiem jest podpis: "Nadredaktorzy. Kto chce zniszczyć wolne media". Zwracają też uwagę: nadtytuł "Odważne pismo dla ciekawych", stosunkowo niska cena (2,90 zł za 56 stron do czytania) i dość wysoki nakład (200 tys. egzemplarzy).

   Mnie - dziennikarza upierdliwie uczulonego na czysto redaktorskie plusy i minusy publikacji - razi zwłaszcza nadmiar przegadanych tytułów. Uważam, że im one krótsze, tym lepsze. Nierówny jest poziom tekstów. W niektórych tzw. pasza objętościowa jakby przeważała nad treściwą. Ale co ja tu będę opisywał zawartość… Ograniczę się do zacytowania felietoniku Łukasza Warzechy "Zasłyszane w KPRM" [Kancelarii Prezesa Rady Ministrów], bo akurat krótki, treściwy, śmieszno-straszno-realistyczno-nierzeczywisty (sic!) i pasujący do mojej blogowej rubryki "III RP - państwo bezprawników".

   "- Michał, ty jesteś pewny, że z tą mową nienawiści to jest dobry pomysł?

   - Jak to, Donek? Przecież już o tym rozmawialiśmy.

   - No, niby tak… Ale wiesz, wariaci są wszędzie.

   - Dla wariatów mamy psychuszki, spokojna głowa.

   - Nie, nie takich mam na myśli. Co zrobimy, jeśli znajdzie się jakiś wariat prokurator i wariat sędzia, i wsadzą nam Stefana?

   - A, w tym sensie… Romka mamy dogadanego, chętnie podejmie się obrony w takiej sytuacji.

   - Ty mi daj spokój z tym Romkiem. Czy on kiedyś wygrał jakąś sprawę w ogóle? Ja się po prostu zastanawiam, czy nie można by znaleźć jakiegoś innego rozwiązania. Na przykład wstawić do konstytucji czegoś o przewodniej roli partii… Czy ja wiem…

   - Donek, nie chcę być niemiły, ale jakoś ostatnio szukasz dziury w całym. Ja bym się w ogóle nie martwił.

   - Bo?

   - Widziałeś kiedyś niezależnego prokuratora?

   - No… właściwie to nie.

   - A naprawdę niezawisłego sędziego?

   - Właściwie to… faktycznie. Też nie.

   - No. Więc śpij spokojnie. Nalej jeszcze koniaku".

   Niezorientowanym (są tacy szczęśliwcy w narodzie!) objaśniam, że Donek to Tusk (ksywa internetowa: "Pinokio"), Michał to minister administracji i cyfryzacji - Boni (najwyżej dziś usytuowany w rządzie tajny współpracownik PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa), Stefan to poseł Platformy Obywatelskiej - Niesiołowski (wizytówka partyjnej "polityki miłości"), a Romek - to mecenas Giertych (symbol adwokata o naturze kameleona). Natomiast wyimaginowana (?) rozmowa dotyczy pomysłu karania za tzw. mowę nienawiści na forum publicznym.


środa, 5 grudnia 2012

Lewe prawo (255)


POPLECZNICY I POMOCNICY

   Poplecznictwo to - tłumacząc z języka prawniczego na bardziej zrozumiały przez normalnych obywateli - "przestępstwo polegające na udzielaniu pomocy sprawcy przestępstwa już po jego popełnieniu, w celu uniknięcia przez sprawcę odpowiedzialności" (cytat za "Słownikiem języka polskiego PWN").

   Natomiast pomocnictwo to "przestępstwo polegające na umyślnym ułatwianiu innej osobie dokonania przestępstwa" - możliwe również w formie zaniechania przez osobę, na której ciąży szczególny prawny obowiązek niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego.

   W sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych definicje te pasują jak ulał do niektórych wrocławskich funkcjonariuszy organów ścigania i tzw. wymiaru sprawiedliwości.

   Pod nazwanie ich poplecznikami podpadają zwłaszcza: prokurator Kinga Kaźmierska-Rataj oraz sędziowie Urszula Kubowska-Pieniążek, Grażyna Josiak, Beata Stachowiak, Ewa Gorczyca, Czesław Chorzępa i Marcin Cieślikowski. Swymi decyzjami skutecznie zablokowali oni - każdy z nich w jakimś stopniu na różnych etapach postępowania - możliwość zmienienia bezprawnych (orzeczonych niezawiśle od konstytucji i innych ustaw) wyroków z 10.06.2008 i 29.04.2009, autorstwa Anny Sobczak, Elżbiety Sobolewskiej-Hajbert, Anny Kuczyńskiej i Izabeli Bamburowicz, a tym samym uniemożliwili pociągnięcie winnych tej samowolki do odpowiedzialności dyscyplinarnej i karnej za nadużycie władzy (przekroczenie uprawnień).

    Z kolei pomocnictwo zarzucam prezesowi Sądu Okręgowego we Wrocławiu - Ewie Barnaszewskiej i prezesowi Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu - Andrzejowi Niedużakowi. Oboje, mimo moich wizyt w ich służbowych gabinetach i ustnych skarg na bezprawie nadzorowanych przezeń sędziów, nie zrobili nic, aby ich samowolce przeciwdziałać.

   Za poplecznictwo grozi od 3 miesięcy do 5 lat więzienia (art. 239 kk). Kara za pomocnictwo wymierzana jest "w granicach zagrożenia przewidzianego za sprawstwo" (art. 19 kk).


pro1@onet.eu

sobota, 1 grudnia 2012

Lewe prawo (251)


NA ZASTRASZANIE TEŻ JEST PARAGRAF

   W państwie demokratycznym obywatel skrzywdzony przez władzę nie powinien się jej bać.

   Dyrektor wrocławskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Antoni Malaka próbował mnie zastraszać. Przeszło rok temu [to tekst archiwalny z czerwca 2008] zacząłem jemu i jego współpracownikom zarzucać niezdolność do logicznego rozumowania i debilizm prawniczy (przejawiający się represjonowaniem bezrobotnego na podstawie przepisu, który miał go premiować za aktywność zawodową). Malaka poczuł się znieważony tą trafną diagnozą i doniósł na mnie do prokuratury. Na jej zlecenie przesłuchiwała mnie, w charakterze świadka, policjantka śledcza. Złożyłem wyjaśnienia, przedstawiając twarde dowody urzędniczej głupoty - i nastała cisza, trwająca w przypadku tego wątku sporu do dziś.

   Wygląda na to, że organa ścigania nie znalazły podstaw do oskarżenia mnie o znieważenie funkcjonariuszy państwowych, a sam Malaka się zreflektował i od tamtego czasu żadnymi szykanami mi nie grozi. Gdyby to robił, naraziłby się na odpowiedzialność z art. 190 par. 1 Kodeksu karnego: "Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę osoby najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w zagrożonym uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2" oraz na odpowiedzialność z art. 246 kk: "Funkcjonariusz publiczny lub ten, który działając na jego polecenie w celu uzyskania określonych zeznań, wyjaśnień, informacji lub oświadczenia stosuje przemoc, groźbę bezprawną lub w inny sposób znęca się fizycznie lub psychicznie nad inną osobą, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10".
 
   Na zdjęciu: A tak wygląda siedziba "mojego" inspektoratu ZUS przy ul. Litomskiej we Wrocławiu. 
 
 

środa, 28 listopada 2012

Lewe prawo (248)

 
PROKURATORSKO-SĄDOWA
 
KOMPROMITACJA PRAWA
 
   Dziennik "Rzeczpospolita" z 26.11.2012 poinformował, że Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza (nazwiska sędziego brak) skazał Janusza Z. na 3 miesiące pozbawienia wolności za kradzież energii elektrycznej na kwotę 70 groszy. Redaktor Agata Łukaszewicz dodała, że koszty procesu i wykonania kary są multikrotnie wyższe od wartości nielegalnie pobranego prądu.

   W październiku 2011 Janusz Z. wrócił do domu po odbyciu wyroku za inną kradzież. Tam stwierdził, że w czasie, gdy kwaterował w więzieniu, odłączono mu dopływ energii.

   Zdaniem prokuratury (nazwiska prokuratora też brak), Janusz Z. "za pomocą przewodu elektrycznego podłączył się do żarówki oświetlającej klatkę schodową i doprowadził prąd do mieszkania". W akcie oskarżenia wartość skradzionej energii wyceniono na 10 zł.

   Janusz Z. do kradzieży się nie przyznawał, ale za namową adwokata wpłacił ową dychę na poczet naprawienia szkody. Mimo to sąd uruchomił procedurę orzeczniczą: powołał biegłego i przesłuchał świadków, wyznaczył też sześć rozpraw.

   Po kilku miesiącach ustalił, że wartość skradzionej energii wyniosła 70 groszy i wymierzył Januszowi Z. karę 3 miesięcy bezwzględnego więzienia. Wykonania wyroku zawiesić nie mógł, skazywał bowiem recydywistę.

   Sam proces kosztował państwo ponad 2 tys. zł. Trzeba było m.in. zapłacić adwokatowi za obronę z urzędu i biegłemu za ekspertyzę.

   Jeszcze wyższy jest rachunek za wykonanie kary, sięga bowiem 7,5 tys. zł. Tyle kosztuje podatników kwartalny pobyt skazanego w więzieniu.

   Przepisy mamy takie, że każda kradzież prądu to nie wykroczenie, lecz przestępstwo. Zagrożone karą od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

   - Poraża mnie brak refleksji prokuratury i sądu, ale także brak poszanowania dla państwowych pieniędzy i czasu uczestników postępowania - powiedziała "Rzeczpospolitej" mecenas Marta Lech, obrończyni Janusza Z.

    Natomiast prokurator Jacek Skała z Krakowa zauważył, że jego kolega po fachu, i sędzia też, zbyt rygorystycznie trzymali się zasady legalizmu, mogli bowiem skorzystać z instytucji znikomej społecznej szkodliwości czynu zabronionego i po prostu umorzyć sprawę.
 
   Obywatele komentatorzy na forach internetowych znów mieli uzasadniony powód do - najdyplomatyczniej pisząc - krytykowania rozumu i rozsądku funkcjonariuszy publicznych w czarnych togach z czerwonym albo fioletowym żabocikiem. Prokuratura do spółki z sądem udowodniły raz jeszcze, że są niezwykle skuteczne w ściganiu i skazywaniu groszowych złodziejaszków, a zarazem skandalicznie nieudolne wobec kradnących miliony.

www.adam-klykow.blog.onet.pl

pro1@onet.eu

piątek, 9 listopada 2012

Lewe prawo (228)


PROKURATOR UCIEKA,

POSZKODOWANY ŚCIGA

   W pracy Ludwik Uciurkiewicz jest strażnikiem przestrzegania prawa. Prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu.

   Po robocie śledczy Uciurkiewicz powinien być wzorcem prawego obywatela, Niestety, zdarzyło się mu dać plamę.

   9.08.2012 na parkingu przed jednym ze sklepów sieci handlowej Biedronka, gdzie "codziennie niskie ceny", Uciurkiewicz tak niefortunnie manewrował samochodem, że cofając uderzył swoim fordem w stojącego volkswagena emeryta Jana Brzózki.

   Sprawca stłuczki zaproponował poszkodowanemu 200 zł rekompensaty. Brzózka oferty nie przyjął i poprosił nieostrożnego kierowcę o okazanie polisy ubezpieczeniowej.

    Wtedy Uciurkiewicz wrócił do swojego auta i… odjechał nim w siną dal. Nie zwolnił nawet przed usiłującym mu zastąpić drogę świadkiem kolizji, zmuszając go do odskoczenia na bok.

   Ubezpieczyciel oszacował zniszczenia volkswagena na 1700 zł. Jego właściciel  nigdy nie odzyskałby tych pieniędzy, gdyby inny świadek incydentu nie spisał numeru rejestracyjnego forda.

   Namiar przekazano policji. A ta ustaliła, że uciekinierem był prokurator apelacyjny.

   Tak Brzózka dowiedział się, kto mu uszkodził samochód. Choć zidentyfikowany Uciurkiewicz przyznał się do wykroczenia, za które zwykłym śmiertelnikom grozi mandat do 500 zł - prokuratora nie można było ukarać finansowo, bo immunitet chroni go również "prywatnie".   

   "Policja powiadomiła oficjalnie prokuraturę dopiero trzy miesiące po zdarzeniu, gdy zainteresowaliśmy się sprawą" - napisał Bartosz Józefiak w "Gazecie Wrocławskiej" z 7.11.2012. Dlaczego nie zrobiła tego niezwłocznie? Bo Uciurkiewicz zapewnił policjantów, że sam powiadomił swoich przełożonych. Uwierzyli mu.

   Zagadką pozostanie, czy w momencie stłuczki Uciurkiewicz był trzeźwy (ten wątek jest w publikacji dziennikarskiej nieobecny). Nie można wykluczyć, że uciekając chciał uniknąć badania alkomatem.    

   Co teraz Uciurkiewiczowi grozi? Wewnątrzprokuratorski sąd dyscyplinarny, w którym najłagodniejszą karą jest upomnienie, a najsurowszą - wydalenie ze służby.

   Przy okazji "GWr." przypomniała, że wysoką cenę za swoje przewinienie zapłacił inny wrocławski śledczy Zbigniew S. Zajmował się ściganiem najpoważniejszych przestępstw. W 2010 został przyłapany w tutejszym empiku na próbie kradzieży książek i płyt z muzyką, wartych w sumie 100 zł. Wobec sprawcy tego wykroczenia wszczęto postępowanie dyscyplinarne, zakończone wydaleniem ze służby.


czwartek, 1 listopada 2012

Lewe prawo (219)


PROKURATOR - WINNA?

A DZIENNIKARZE - OK?


   Pewien Czytelnik mojego bloga zauważył trafnie, że w tekście z 29.10.2012, zatytułowanym "Prokurator naruszyła prywatność osoby publicznej", krytykuję tylko szefową Prokuratury Rejonowej w Sopocie - Barbarę Skibicką. Za to, że ujawniła tabloidowi "Super Express" fakt procesowania się Marty Kaczyńskiej z pierwszym mężem Piotrem Smuniewskim o tzw. zaprzeczenie ojcostwa Ewy - starszej z jej dwojga córek. Natomiast wyraźnie oszczędzam "swoich", czyli dziennikarzy. A przecież to oni upublicznili intymne szczegóły z życia rodzinnego córki byłego prezydenta RP - Lecha Kaczyńskiego.

   Zamiast bronić kolegów po fachu własnymi słowami, zacytuję niemal w całości wydrukowany  30.10.2012 felieton pt. "Sprawa Kaczyńskiej. Nigdy nie oszukuj wyborców" - autorstwa widocznego na zdjęciu Sławomira Jastrzębowskiego, redaktora naczelnego „SE”:

   "Sprawa ujawnienia przez prokuraturę i przez „Super Express” postępowania o   zaprzeczenie ojcostwa dziecka Marty Kaczyńskiej z pierwszego małżeństwa wywołała kontrowersje nie tylko wśród prawników. Ewidentny konflikt dwóch wartości silnie polaryzował stanowiska.

   Zwolenników prymatu ochrony prywatności Marty Kaczyńskiej i jej rodziny nad prawem do jawności życia politycznego oburzyło postępowanie prokuratury i publikacja „Super Expressu”. Nie brakowało postaw i określeń silnie emocjonalnych, stygmatyzujących nasze artykuły jako rzekomo niedopuszczalną, nieuprawnioną, niczemu niesłużącą ingerencję w prywatność. Te stanowiska grzeszą wadliwością, nie biorąc pod uwagę politycznego kontekstu sprawy.

   Konfliktu wartości i interesów nie da się uniknąć w demokracji. Należy pamiętać jednak, która wartość jest dla wspólnoty, nie tylko dla poszczególnych jej członków, ważniejsza. Tu tkwi klucz do decyzji o ujawnieniu kulis sprawy rodziny Marty Kaczyńskiej.

   W roku 2005 Marta Kaczyńska wystąpiła na plakacie wyborczym swojego ojca w towarzystwie swojej córki i ówczesnego męża (domniemanego ojca dziecka). Wyborca, widząc plakat, widział szczęśliwą, tradycyjną, konserwatywną trzypokoleniową rodzinę. Ten obraz był fałszem. Niedopuszczalnym wprowadzeniem w błąd wyborców.

   Niewybaczalnym błędem było zaangażowanie przez Martę Kaczyńską dziecka do kampanii prezydenckiej ze świadomością, że na plakacie znajduje się człowiek niebędący w istocie biologicznym ojcem jej córki. Wyborcy zostali takim przekazem po prostu oszukani.

   Co do powyższych faktów nie może być sporu. Zadaniem mediów w demokratycznym państwie jest między innymi demaskowanie działań ludzi polityki i to właśnie zrobił „Super Express”. Cel tych publikacji był dużo ważniejszy niż jednostkowa sprawa Marty Kaczyńskiej i jej rodziny. To bardzo ważny sygnał dla wszystkich polityków: pod żadnym pozorem nie oszukujcie wyborców, bo prawdziwi dziennikarze sprawdzą i ujawnią fakty".

   Tyle szef "SE". Ja pozostaję przy poglądzie, że prokurator Skibicka nadużyła swojej władzy i popełniła przestępstwo przekroczenia uprawnień. Dziś dodam tylko, że dziennikarze tzw. brukowca pewnie etycznymi świętoszkami nie są, ale tu akurat mają sensowne wytłumaczenie, dlaczego postanowili opublikować informacje przekazane im przez - co najmniej nierozsądną - śledczą.

   Skoro taki z ciebie pismacki wzorzec cnót wszelakich - monologuję autoironicznie – to co sam zrobiłbyś na miejscu reporterów "SE"? Zrezygnowałbyś z opublikowania sensacyjnego tematu? Napisałbym o tej sprawie, ale tylko na prośbę Smuniewskiego, gdyby był on wrabiany przez swoją byłą żonę w ojcostwo Ewy, wbrew wykluczającym je badaniom DNA. W każdej innej sytuacji nie demaskowałbym plakatowego oszustwa Marty Kaczyńskiej, uznając nadrzędność jej prawa do prywatności i przede wszystkim mając na uwadze dobro jej córki.

www.adam-klykow.blog.onet.pl

pro1@onet.pl

poniedziałek, 29 października 2012

Lewe prawo (216)

 
PROKURATOR NARUSZYŁA PRYWATNOŚĆ
 
OSOBY PUBLICZNEJ

   Kto kiedykolwiek starał się o dostęp do jakiejś informacji publicznej, ten wie, jak trudno z tego obywatelskiego - niby gwarantowanego ustawowo - prawa skorzystać, zwłaszcza w takich instytucjach, jak prokuratura. Tam niemal wszystko jest tajne przez poufne.

   Musi zatem zdumiewać fakt, że właśnie powołując się na ustawę o dostępie do informacji publicznej, szefowa Prokuratury Rejonowej w Sopocie - Barbara Skibicka ujawniła dziennikarzom tabloidu Super Express, iż córka byłego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego - Marta (na zdjęciu) procesowała się w sądzie ze swym pierwszym mężem Piotrem Smuniewskim o tzw. zaprzeczenie jego ojcostwa urodzonej w 2003 roku jej starszej córki Ewy.

   Moim zdaniem, Skibicka niewątpliwie popełniła przestępstwo przekroczenia uprawnień. To nadużycie władzy jest tym bardziej niegodziwe, że naruszyło prywatność Marty Kaczyńskiej. Intymne szczegóły z życia rodzinnego podlegają bowiem szczególnej ochronie prawnej. Ujawnianie ich jest niedopuszczalne nawet w przypadku osób publicznych (chyba że same wyrażają zgodę).
 
 

środa, 10 października 2012

Lewe prawo (195)

 
SKORUMPOWANI I BEZKARNI

   Zazwyczaj piszę o czymś niezwłocznie, jak przystało na byłego reportera dziennika. Czasem bywa jednak i tak, że zwlekam z tym niczym sędzia ze sprawiedliwym wyrokiem. Minęło kilka dni, a ja nadal nie znajduję adekwatnych i zarazem dopuszczalnych wyrazów do skomentowania pewnego skandalu w prawniczej sitwie. Ograniczę się zatem do rzeczowego opisu i wniosków.

   Prokuratura Apelacyjna w Krakowie umorzyła tajne śledztwo w sprawie korupcji w Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu, Prokuraturze Rejonowej Wrocław-Krzyki Zachód i Sądzie Najwyższym. Zrobiła to mimo posiadania dowodów przyjmowania korzyści majątkowych przez niektórych sędziów oraz przez powołujących się na wpływy u nich prokuratorów - uznała bowiem, że Centralne Biuro Antykorupcyjne zebrało świadectwa popełnienia przestępstwa nielegalnie.

   To nie fikcja prawna, to tubylcza rzeczywistość. Przekupni czy - jak kto woli - sprzedajni sędziowie i prokuratorzy nie zostaną oskarżeni tylko i wyłącznie dlatego, że CBA zgromadziło materiał operacyjny przeciwko nim bez prawidłowej podstawy prawnej. Nieważne stwierdzone fakty załatwiania korzystnych orzeczeń za łapówki, ważne rzekome uchybienie formalne. A zdaniem prokuratury, ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński wymaganą zgodę sądu na podsłuchy telefoniczne… wyłudził.

   Polacy, zapamiętajcie sobie! Wobec zwykłego obywatela można stosować prowokacje do woli. Gdy jednak coś dotyczy funkcjonariuszy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, działania podstępne są niedozwolone.

   W efekcie skorumpowani wrocławscy i warszawscy sędziowie i prokuratorzy pozostają bezkarni. Mogą nadal oskarżać innych i ferować wyroki "w imieniu RP".

   Na razie jedyną ofiarą całego skandalu jest wrocławski prawnik Mirosław M., który przyznał się do powoływania na wpływy w sądach i do brania łapówek za załatwianie korzystnych orzeczeń. Mogą do niego dołączyć… podsłuchujący togowych przestępców funkcjonariusze CBA (wszczęto przeciwko nim postępowanie).


piątek, 5 października 2012

Lewe prawo (190)


MÓJ BLOGOWY SAMOSĄD
 
SĘDZIOWSKICH BEZPRAWNIKÓW

   Jeśli jacyś sędziowie uważają, że ich swoim blogowaniem znieważam, to niech mi jeden z drugim wytłumaczy, czy w sprawie moich roszczeń finansowych wobec ZUS mam jakiś lepszy sposób na zaprotestowanie przeciwko antykonstytucyjnej, przestępczej i bezkarnej samowoli niektórych wrocławskich aparatczyków tzw. wymiaru sprawiedliwości. Co mam robić w sytuacji, gdy na wszystkich etapach postępowania, z odwoławczym i skargowym włącznie, ci bezprawnicy bezwstydnie demonstrują swą niezawisłość od litery przepisów ustawowych, dotyczących meritum sporu?

   Zawiadomić prokuraturę o popełnieniu przez nich przestępstwa przekroczenia uprawnień, ściganego z art. 231 par. 1 Kodeksu karnego? Nie żartujmy - nie tylko oni, także inni funkcjonariusze publiczni, gwałcący prawo na szkodę zwykłego obywatela, są pod szczególną ochroną gwarantujących im nietykalność śledczych.

   Urządzić długotrwałą głodówkę pod sądem? Taki głupi to ja nie jestem, by dobrowolnie tracić zdrowie na donkiszoterię i skazywać się na politowanie.

   Żalić się prezydentowi państwa, marszałkom Sejmu i Senatu, premierowi, rzecznikowi praw obywatelskich etc.? Też, podobnie jak donos do prokuratury, mam to już za sobą i wiem, że równie owocne jest pisanie na Berdyczów.

   Jakby nie kombinować, pozostaje mi samosąd. Taki najłagodniejszy, blogowy - bez przemocy fizycznej i niedopuszczalnych gróźb.


niedziela, 30 września 2012

Lewe prawo (185)


KORZENIE SĘDZI CHRONIĄCEJ

ORZECZNICZYCH BEZPRAWNIKÓW 

   Mam siedemnastego sędziego - kandydata (a ściślej: kandydatkę) do wymyślonego przeze mnie [patrz 30 odcinek "Lewego prawa" w tym blogu: http://trybunalobywatelski.blogspot.com/2012/06/lewe-prawo-30.html] orderu "Niezawisły (Niezawisła) od Konstytucji". Jest otóż jego godna również wiceprezes Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu - Barbara Krameris. Zareagowała ona na moją skargę na tolerującą orzecznicze bezprawie prezes tutejszego Sądu Okręgowego - Ewę Barnaszewską zarzutem, że jestem niegrzeczny. I dała do zrozumienia, że swoja swojej głowy nie urwie.

   W dolnośląsko-opolskim tzw. wymiarze sprawiedliwości Krameris reprezentuje jeleniogórską - lecąc ministrem Jarosławem Gowinem - sitwę prawniczą. Rodzinno-towarzyską, z komuszymi korzeniami.

   Znałem osobiście Jerzego Kramerisa. W czasach PRL najpierw pełnił funkcję wiceprokuratora Prokuratury Generalnej, a następnie prokuratora wojewódzkiego w Jeleniej Górze. Został mianowany na to stanowisko uchwałą Rady Państwa (tzw. kolegialnego prezydenta) z 10.06.1975 i przetrwał na nim aż do 30.04.1990. W kontaktach z dziennikarzami - typ sympatycznego misia. Jaki był wobec sprawców i ofiar przestępstw, to wiedzą tylko oni i ewentualnie towarzysze z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zasiadał w Egzekutywie Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Jeleniej Górze.

   Barbara Krameris (drugie imię: Stefania) zaczynała karierę sędziego podobnie jak sam jej bezpośredni szef, prezes wrocławskiego SA - Andrzej Niedużak. Czyli w stanie wojennym. W latach 1982-1986 była sędzią Sądu Rejonowego w Zgorzelcu. W mieście, które jest jednym z najliczniejszych w Polsce skupisk rodzin greckich komunistów - uchodźców politycznych. W latach 1986-2001 była z kolei sędzią Sądu Wojewódzkiego (Okręgowego) w Jeleniej Górze. Gdzie - przypomnę - Jerzy Krameris kierował prokuratorami. Natomiast w Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu pracuje ona od 3.12.2001. A 1.04.2011 awansowała tam z wizytatora do spraw karnych na wiceprezesa, na 6-letnią kadencję.

  Z portalu internetowego Moikrewni.pl wynika, że w Polsce żyje (stan na 30.09.2012) tylko sześć osób o nazwisku Krameris. Większość pod Karkonoszami...

  Dodam jeszcze z głupia frant, że z byłego województwa jeleniogórskiego wywodzą się też m.in. rzecznik dyscyplinarny dolnośląsko-opolskich sędziów Marcin Cieślikowski (obiektywny jak Kali) i wiceminister sprawiedliwości Jacek Gołaczyński (akurat on nic złego mi nie zrobił, więc w jego życiorysie publicznie nie chcę grzebać).
 
 

sobota, 29 września 2012

Lewe prawo (184)

 
 
SĘDZIOWSKA SZKOŁA

RŻNIĘCIA GŁUPA
 
   Reakcja na moją mejlową skargę z 8.09.2012 do ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina (patrz 156 odcinek "Lewego prawa" w tym blogu: http://trybunalobywatelski.blogspot.com/2012/09/lewe-prawo-156.html)
była zgodna z moimi przypuszczeniami. Niestety, nie z oczekiwaniami.
  
   Przypomnę: poskarżyłem się, że Ewa Barnaszewska, prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu i członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa, przyzwala na orzecznicze przekręty sędziów (z Anną Sobczak, Elżbietą Sobolewską-Hajbert, Urszulą Kubowską-Pieniążek i Grażyną Josiak na czele) w sprawie moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie zrobiła bowiem nic, aby uzmysłowić podległym jej służbowo funkcjonariuszom publicznym, że niezastosowanie merytorycznych, bezpośrednio dotyczących rozstrzyganego sporu, przepisów ustawowych na wszystkich etapach postępowania, z odwoławczym i skargowym włącznie, jest konstytucyjnie niedopuszczalne.
  
   Tradycyjną pocztą otrzymałem list z 18.09.2012, podpisany przez Roberta Chorosia - głównego specjalistę z Wydziału Skarg i Wniosków Biura Ministra Ministerstwa Sprawiedliwości. "Uprzejmie informuję, że przekazano je [moje pismo] Prezesowi Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu" - poinformował i wyjaśnił, że taką procedurę precyzują znowelizowane niedawno przepisy ustawowe.
  
   28.09.2012 otrzymałem z tegoż SA mejla z odpowiedzią na swoją skargę. Podpisaną nie przez prezesa Andrzeja Niedużaka (rozpoczynał swoją karierę w stanie wojennym od skazywania działaczy PRL-owskiej opozycji demokratycznej), lecz od wiceprezes Barbary Krameris (czyżby ktoś z rodziny Jerzego Kramerisa, PRL-owskiego prokuratora wojewódzkiego w Jeleniej Górze?).
  
   Pełna treść brzmi tak (cytuję bez żadnych poprawek, interpunkcyjnych też):
 
   "W odpowiedzi na skargę Pana z dnia 10 września 2012 r. na Prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu skierowaną do Ministerstwa Sprawiedliwości a przekazaną w dniu 24 września 2012 r. Prezesowi Sądu Apelacyjnemu [tak w oryginale] we Wrocławiu wyjaśniam co następuje.
  
   Skargi lub wnioski zawierające treści znieważające lub słowa powszechnie uznane za obelżywe pozostawia się bez rozpatrzenia (art. 41a § 4 ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. - Prawo o ustroju sądów powszechnych - Dz. U. z dnia 12.09.2001 r. Nr 98, poz. 1070)
  
   Taki właśnie charakter ma skarga Pana w zakresie oceny działań sędziów i Prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu Ewy Barnaszewskiej.
 
   Jednocześnie wyjaśniam, że Prezes Sądu w ramach sprawowanego nadzoru administracyjnego nie jest uprawniony do ingerencji w orzecznictwo sędziów. Podlega ono kontroli w trybie instancyjnym.
  
   Członkostwo Pani Prezes w Krajowej Radzie Sądownictwa jest wynikiem wyborów i nie ma nic wspólnego ze sferą orzeczniczą sędziów, którzy są niezawiśli.
  
   O ile ma Pan uzasadnione podejrzenie popełnienia przez któregoś z sędziów przestępstwa, to organem właściwym w tym zakresie jest prokuratura". 
 
   Co z odpowiedzi Krameris wynika?
  
   Nieważne, że Barnaszewska przyzwala nadzorowanym funkcjonariuszom tzw. wymiaru sprawiedliwości na orzekanie niezawiśle od ustaw, którym konstytucyjnie podlegają, i że przekraczają oni swoje uprawnienia, co powinno być ścigane z artykułu 231 paragraf 1 Kodeksu karnego. Ważne, że pozwoliłem sobie jakoby znieważyć ich słowami kończącymi skargę: "Co ma począć obywatel, gdy sędziowie ze swoją „świętą niezawisłością” postępują wobec niego jak małpa z brzytwą? Jak długo jeszcze immunitet będzie chronił przed karami czarno-fioletowych przestępców, uprawiających orzeczniczą samowolkę „w imieniu RP”?".
  
   Zauważy ktoś, że mogę przecież - korzystając z podpowiedzi Krameris - zawiadomić o popełnieniu przestępstwa prokuraturę. Wolne żarty! Ja to już przećwiczyłem. Podobnie jak wszyscy inni obywatele naszego fantastycznego "państwa prawa", którzy mieli czelność poskarżyć się na sędziów - orzeczniczych przestępców, otrzymałem z prokuratury decyzję o odmowie wszczęcia postępowania, oczywiście z uwagi na niestwierdzenie przez śledczych znamion czynu zabronionego.