Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 7 lutego 2013

Lewe prawo (324)


QUO VADIS

   Dokąd zmierzam swoim blogowaniem? Jako politolog z wykształcenia, dziennikarz z zawodu i - na starość - prawnik samouk, korzystam z wolności słowa bez przekraczania jej dozwolonych granic i demonstruję obywatelskie nieposłuszeństwo wobec przestępców na posadach funkcjonariuszy publicznych.

   Dla jasności intencji oświadczam, że od dłuższego czasu nie dążę już do odzyskania pieniędzy, ukradzionych mi na mocy złodziejskich wyroków i postanowień grupy sędziów z Urszulą Kubowską-Pieniążek, Grażyną Josiak, Elżbietą Sobolewską-Hajbert i Anną Sobczak-Kolek na czele. Pogodziłem się z utratą kilkunastu tysięcy złotych. Dążę do poniesienia przez tych aparatczyków tzw. wymiaru sprawiedliwości odpowiedzialności za orzekanie niezawiśle od ustaw. To ewidentne przestępstwo przekroczenia uprawnień nie może pozostać bezkarne!

   Moim celem jest uświadomienie sędziom, że nie ma społecznej zgody na ich samowolkę, na orzekanie ograniczane do kodeksowych sztuczek formalnych, bez stosowania przepisów (zwłaszcza konstytucyjnych) dotyczących meritum rozstrzyganych sporów. 


środa, 6 lutego 2013

Lewe prawo (323)

 
HUMANITARYZM SĘDZIEGO KANAFKA

   Nieprawdopodobną, ale prawdziwą (niestety) historią podzielił się ze mną Maciej Lisowski - dyrektor Fundacji "Lex Nostra".

   Wioleta D. była niespełna19-latką, gdy jej ojczym założył "na nią" firmę, którą sam prowadził. Ponieważ miał on kłopoty z płynnością finansową, kupując szlifierkę taśmową i taśmę ścierną o wartości 1.363,92 zł - za zgodą sprzedawcy otrzymał towar po wpłaceniu zadatku w wysokości 300 zł.

   26.05.2006 r. Wioleta D. pierwszy raz w życiu trafiła przed oblicze "stróża prawa". Przesłuchujący ją policjant (zasługujący, w ocenie dyrektora Lisowskiego, na nagrodę "betonowej pały") napisał po przesłuchaniu:

   "W dniu 1.12.2004 r. w Bielsku-Białej przy ul. Strażackiej poprzez wprowadzenie w błąd sprzedawcy firmy ABC co do zamiaru spłaty na podstawie faktury VAT nr 5975/04 pobrała towar w postaci szlifierki taśmowej oraz taśmy ściernej z opóźnionym terminem płatności do dnia 15.12.2004 r., a następnie nie dokonała wpłaty w terminie wyznaczonym i tym samym wyłudziła towar o łącznej wartości 1.063,92 zł".

   "Jak można opóźnienie płatności w transakcji handlowej traktować jako przestępstwo?" - dziwi się Lisowski. Zwłaszcza że ojczym Wiolety D. zaległą kwotę poniewczasie uiścił.

   Zastraszona młoda kobieta napisała pod dyktando policjanta, że przyznaje się do winy i wnioskuje o dobrowolne poddanie się karze oraz o ustanowienie dozoru kuratora sądowego. W ten sposób funkcjonariusz organu ścigania sprawę zamknął - bez konieczności przesłuchiwania świadków, którzy zapewne wyjaśniliby, że to ojczym Wiolety D., a nie ona odbierała ze sklepu ABC ową nieszczęsną szlifierkę.

   Następnie za wymierzanie sprawiedliwości zabrał się Sąd Rejonowy w Bielsku-Białej. Wyrokiem z 15.01.2007 skazał Wioletę D. na 6 miesięcy pozbawienia wolności, zawieszając wykonanie tej kary na okres 3 lat, oraz poddał "przestępczynię" dozorowi kuratora.

   Orzeczenie to wydano zaocznie, pod nieobecność oskarżonej na rozprawie. Skazana odpisu wyroku nie odebrała, gdyż przebywała już wtedy za granicą, w Norwegii, gdzie osiadła na stałe wraz z rodzicami i mężem.

   Z kolei postanowieniem Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej z 28.04.2008, prawomocnie zarządzono wykonanie uprzednio zawieszonej kary 6 miesięcy pozbawienia wolności. Przyczyna: brak kontaktu Wiolety D. z kuratorem.

   Kobieta ta, chora od urodzenia na anemię, będąca akurat w ciąży, przeżyła szok, gdy w jej domu zjawili się norwescy policjanci z nakazem zatrzymania w celu deportowania do Polski. Podczas miesięcznego pobytu w areszcie ekstradycyjnym poroniła po raz pierwszy…

   Rodzina, widząc powagę sytuacji, wynajęła adwokata. 25.09.2012 złożył on wniosek o odroczenie wykonania kary o pół roku, by zyskać czas na wzruszenie wyroku.

   Sąd Rejonowy w Bielsku-Białej rozpoznał pismo obrońcy dopiero 14.01.2013. Tego dnia sędzia Adam Kanafek - cytuję kluczowy fragment prawniczego bełkotu - "zauważył, co następuje: wniosek nie zasługuje na uwzględnienie".

   Adwokat Wiolety D. argumentował, że prowadzi ona w Norwegii działalność gospodarczą, konkretnie - rodzinną firmę sprzątającą, zaś zerwanie podpisanych z klientami kontraktów oznaczałoby jej bankructwo i konieczność wypłaty odszkodowań. Sędzia Kanafek na to, że osadzenie kobiety "nie spowoduje negatywnych konsekwencji dla kogokolwiek, z wyjątkiem samej skazanej".

   Nie znalazł zrozumienia również inny argument adwokata, że Wioleta D. jest w ciąży. "Kanafek - zauważa Lisowski - poszedł w ślady najbardziej skundlonych moralnie UB-ków, którzy za nic mieli życie ludzkie, a szczególnie życie nienarodzone".

   Co tak wzburzyło szefa "Lex Nostra"? Te słowa Kanafka: "Dostarczone do sądu zaświadczenie o ciąży skazanej również nie może być postrzegane jako okoliczność uzasadniająca odroczenie wykonania kary. Nie wynika zresztą z niego, by ciąża ta była zagrożona. Nawet jednak gdyby tak było, to sąd wskazuje, że na terenie Polski znajdują się dwie jednostki penitencjarne ze szpitalnymi oddziałami ginekologiczno-położniczymi".

   Reasumując: zdaniem sędziego bielskiego SR, uwięzienie Wiolety D. na 5 miesięcy (miesiąc już zaliczyła w areszcie ekstradycyjnym) ma tak wielkie znaczenie dla naszego "państwa prawa", że należy za wszelką cenę, na koszt podatnika, przymusowo sprowadzić z Norwegii kobietę w ciąży, nawet jeśli zagraża to zdrowiu i życiu skazanej i jej nienarodzonego dziecka.

   Po zapoznaniu się z treścią postanowienia Kanafka, Wioleta D., w wyniku olbrzymiego stresu, powtórnie poroniła...

   W najbliższych dniach Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej rozpozna zażalenie obrońcy na postanowienie Kanafka i zadecyduje o dalszych losach Wiolety D.


wtorek, 5 lutego 2013

Lewe prawo (322)


SĘDZIOWIE - ANARCHIŚCI.

NIEZAWIŚLI OD SZEFOWYCH I USTAW

   Polećmy po datach, będących w tym przypadku dowodami na anarchię panującą w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu. Rzecz dotyczy sprawy moich roszczeń finansowych wobec Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i przyznania mi tylko symbolicznego zadośćuczynienia, bez należnego odszkodowania za wyliczalne straty materialne na skutek bezprawnych (fakt bezsporny) decyzji urzędniczych.

   3.08.2009 gościłem u ówczesnej wiceprezes (obecnie prezes) tej placówki tzw. wymiaru sprawiedliwości - Ewy Barnaszewskiej. Pożaliłem się jej na niezawisłe od ustaw wyroki z 10.06.2008 (pierwszoinstancyjny) i 29.04.2009 (prawomocny), autorstwa Anny Sobczak oraz Elżbiety Sobolewskiej-Hajbert, Anny Kuczyńskiej i Izabeli Bamburowicz.

   4.08.2009 w liście do mnie prezes (wtedy) tegoż SO - Wacława Macińska napisała, że jeśli uważam, iż "zachodzą jakiekolwiek podstawy do wznowienia postępowania", to powinienem złożyć stosowną skargę. Co też niebawem - dokładnie 13.08.2009, niezwłocznie po otrzymaniu tej przesyłki pocztowej - uczyniłem.

   Postanowieniem z 10.09.2009, sędzie Wydziału Cywilnego Odwoławczego SO we Wrocławiu: Urszula Kubowska-Pieniążek (przewodnicząca składu orzekającego) oraz Beata Stachowiak i Ewa Gorczyca odrzuciły moją pierwszą "skargę o wznowienie postępowania" (nazwa niegramatyczna, ale obowiązująca w procedurze). Uznały, że niezastosowanie litery ustaw - czyli najpoważniejsze z możliwych przestępstw służbowych funkcjonariuszy publicznych! - przez Sobczak, Sobolewską-Hajbert, Kuczyńską i Bamburowicz nie jest wystarczającą przesłanką do powtórki procesu.

   Natomiast postanowieniem z 24.01.2011, sędziowie: Grażyna Josiak (przewodnicząca) oraz Kubowska-Pieniążek i Czesław Chorzępa odrzucili moją drugą "skargę o wznowienie postępowania". Tym razem uznali, że nie jest wystarczającą przesłanką do powtórki procesu nawet wyrok Sądu Najwyższego o sygnaturze akt I UK 82/10, który dowodzi trafności mojej interpretacji przepisów ustawowych, a tym samym - zasadności roszczeń odszkodowawczych wobec ZUS na podstawie domniemania prawnego.

   Podkreślam: obie odmowy nastąpiły już po mojej korespondencji z Macińską i wizycie u Barnaszewskiej. Rozumiem prawniczą mantrę, że sędziowie, każdy z osobna, są w swym orzecznictwie niezawiśli od kogokolwiek, od swoich szefów też. Nie rozumiem jednak, dlaczego są oni niezawiśli również od czegokolwiek, a konkretnie od ustaw, którym przecież - na mocy konstytucji - podlegają. Jeśli obie prezeski sądu przyzwalają nadzorowanym na takie oczywiste przekraczanie uprawnień, to muszą się liczyć z zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą (nadużywającą swojej władzy nad obywatelem, już i tak pokrzywdzonym przez innych funkcjonariuszy publicznych).

   Szczególnie skandaliczna jest postawa recydywistki Kubowskiej-Pieniążek, wciąż pozostającej zastępcą przewodniczącego Wydziału Cywilnego Odwoławczego SO we Wrocławiu. Trzymanie jej na tej funkcji administracyjnej, niechronionej immunitetem, kompromituje głównie prezes Barnaszewską, będącą zarazem członkiem - wyznaczającego sędziom standardy zawodowe i etyczne - Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa.


poniedziałek, 4 lutego 2013

Lewe prawo (321)

 
TOTALITARYZM PROKURATORSKO-SĘDZIOWSKI
 
W DEMOKRATYCZNEJ III RP
 
   W swoich blogach Janusz Wojciechowski - prawnik, były asesor prokuratorski, sędzia, prezes Najwyższej Izby Kontroli i ostatnio adwokat, od pewnego czasu polityk, a obecnie eurodeputowany - znów oskarża środowiska zawodowe, z których się wywodzi (pośrednio siebie samego też!).

   W tekście z 31.01.2013, zatytułowanym "Prokurator automatyczny nie ma sobie nic do zarzucenia", opisuje, przypomnianą w przeddzień przez TVN 24, sprawę Doroty Mrugały z Buska-Zdroju. Została ona pomówiona przez jakiegoś gangstera o zlecenie zabójstwa eksmęża. Trafiła - na wniosek prokuratora, postanowieniem sądu - do aresztu śledczego w Kielcach. Była w nim trzymana 9 miesięcy. Aż do śmierci.

   Wojciechowski zaczyna prowokacyjnie: "Zamknąłem niewinną kobietę i co mi zrobicie?". Po czym rozwija temat, pisząc (cytuję z drobnymi poprawkami redakcyjnymi):

   "W programie telewizyjnym wypowiadał się prokurator. Nie zapamiętałem jego nazwiska i nie jestem pewien, czy ma on jakieś nazwisko. Bo z tego, co mówił, wynikało, że był to prokurator automatyczny. Zero refleksji, zero krytycyzmu wobec siebie. Nie przeprasza, bo za rzetelną pracę przepraszać nie trzeba. W końcu to sąd aresztował, on tylko wnioskował.

   No i co z tego, że niewinna kobieta umarła w więzieniu. Prokurator automatyczny nie ma sobie nic do zarzucenia. Spokojnie zjada z rodziną niedzielny obiad, chodzi z dziećmi na spacery, w czasie urlopu wyjedzie sobie na narty i nic nie mąci spokoju jego sumienia.

   Bardzo łatwo prokuratura i sądy wierzą w zeznania świadków koronnych. Nazbyt łatwo. Znam wiele spraw, gdzie niczym nie potwierdzone pomówienie jednego przestępcy wystarczyło do aresztowania i skazania ludzi. Jest od tej reguły jeden wyjątek - gdy świadkowie koronni pomawiają o łapówki sędziego albo prokuratora. Wtedy stają się całkowicie niewiarygodni. Kto by tam przestępcy wierzył.

   Prokurator automatyczny nie potrzebuje przepraszać, nie potrzebuje się tłumaczyć, nie musi czegokolwiek się obawiać. Podobnie jak sędzia automatyczny. Odpowiedzialność za błędy wymiaru sprawiedliwości nie istnieje. Odpowiada za błąd dróżnik, który nie zamknął szlabanu, odpowiada rolnik na traktorze, bo lusterko miał za krzywe, odpowiada lekarz, że gazę w sercu pacjenta zostawił, ale wymiar sprawiedliwości, choćby popełnił piramidę głupstw, choćby przez lata więził, a nawet wyprawił na tamten świat Bogu ducha winnego człowieka - nie odpowiada nigdy. Błędy lekarzy kryje ziemia, a błędów sędziów i prokuratorów nic nie kryje. Automatyczny sędzia, automatyczny prokurator żadnej odpowiedzialności nie ponosi. A w obliczu nawet najbardziej oczywistych błędów może z kamienną twarzą powiedzieć do kamery: „za rzetelną pracę się nie przeprasza”…

   Coś trzeba zrobić z tym narastającym totalitaryzmem wymiaru niesprawiedliwości, bo każdego może spotkać to, co spotkało Dorotę Mrugałę. Może to spotkać mnie. Może to i Ciebie spotkać, drogi Czytelniku. Dla automatycznego prokuratora i automatycznego sędziego wystarczy, że jakiś przestępca wskaże na Ciebie palcem”.

    W licznych komentarzach pod tym tekstem internauci nie oszczędzają nie tylko prokuratury i sądu, Wojciechowskiego również. Przecież - przypominają - był on dwukrotnie wybrany do Sejmu i współdecydował w nim o takim kształcie prawa, które wciąż gwarantuje prokuratorom i sędziom bezkarność za ich służbowe błędy.

   Wojciechowski tłumaczy, że bez poparcia parlamentarnej większości pojedynczy poseł ustaw nie zmieni. Aż strach pomyśleć, że pokrzywdzony zwykły obywatel tym bardziej nie ma szans w konfrontacji z prokuratorską i sędziowską samowolką w majestacie "państwa prawnego".  

   Moją uwagę zwrócił zwłaszcza komentarz internauty Andrzeja Tokarskiego (cytuję go po adiustacji):

   "Panie Pośle, proszę tego nie brać do siebie - jednak wydaje się, że dla wielu przedstawicieli tzw. wymiaru sprawiedliwości niezawisłość powinna zostać zawieszona. Dosłownie. Innymi słowy - za swe łajdactwa powinni się zacząć bać. Fizycznie. Bać się szybkiego i nieuchronnego wykluczenia z zawodu. Zajęcia majątku na pokrycie szkód wyrządzonych obywatelom. Lub, jeżeli to nie nastąpi - a wiemy, że nie nastąpi - fizycznej zemsty poszkodowanych.

   Historia o królu Dariuszu daje tu do myślenia. Wykonał on następujące kroki:
  
   1. Złego sędziego kazał obedrzeć ze skóry.
  
   2. Skórą kazał obić fotel sędziowski.
  
   3. Na wakujące stanowisko mianował syna wspomnianego sędziego.
  
   4. Wręczając mu nominację, powiedział: „wydając wyroki, pamiętaj na czym siedzisz”.
  
   Środowisko, jak mało które przesiąknięte łajdactwem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, pod wpływem dobrego słowa nie nawróci się. Może jedynie zostać zmuszone lub wymienione".

   Też tak sądzę. 

   PS. Ustaliłem, że prokuratorem, który ponosi winę za aresztowanie Doroty Mrugały, jest Dariusz Dryjas. A owym władcą z komentarza Andrzeja Tokarskiego był król perski Dariusz I Wielki, żyjący w latach ok. 550-486 przed naszą erą.


niedziela, 3 lutego 2013

Lewe prawo (320)


ZŁODZIEJSKA SAMOWOLKA

   Od wypichconego przez Annę Sobczak niestrawnego wyroku z 10.06.2008 prześladuje mnie refleksja, po jaką cholerę obywatelowi taki sąd, który uznawszy mnie za ofiarę ZUS-owskiego bezprawia przyznaje mi rekompensatę finansową za doznane krzywdy niższą od poniesionych obowiązkowych kosztów procesu? O kant dupy rozbić taki "wymiar sprawiedliwości"! - reaguję rozeźlony. Po bliskich spotkaniach z wyrokującymi "w imieniu RP" czuję się jak ktoś okradziony przez złodziei. A potem jeszcze - co prawda tylko raz, w dokumencie z 19.05.2009 - zastraszany przez Ewę Barnaszewską, że jeśli swoją pisaniną "o treści obraźliwej pod adresem sędziów" będę "naruszał powagę wymiaru sprawiedliwości" - może to "pociągać za sobą odpowiedzialność karną".

   Wciąż też rozmyślam, kiedy wreszcie w sądach przestaną wyrokować bezprawnicy w togach, uzurpujący sobie niezawisłość nawet od konstytucji i innych ustaw? Mam zagwozdkę, do kogo w naszym "państwie prawa" zwrócić się o sensowną odpowiedź na to pytanie, skoro tzw. trzecia władza jest niezależna od każdej innej i robi co jej się żywnie podoba, bo aparatczyków Temidy przed odpowiedzialnością karną za przestępcze nadużywanie uprawnień pod korupcjogenną przykrywką "swobodnej oceny dowodów" skutecznie chroni immunitet.


sobota, 2 lutego 2013

Lewe prawo (319)


ZAUWAŻĄ PRZECINEK,
 
 NIE WIDZĄ LITERY PRAWA
 
   Polscy sędziowie durniami raczej nie są. Jeśli tylko mają uzasadnić swoje racje, potrafią być drobiazgowi i zinterpretować na własną korzyść istnienie lub brak w przepisach choćby tylko przecinka. Spektakularnym przykładem: historia takiego znaku interpunkcyjnego w jednej z nowelizacji Kodeksu karnego z 3.10.2003. Pojawiający się i znikający przecinek poważnie zmieniał sens art. 156 par. 1 tej ustawy, na którego podstawie sąd może wymierzyć do 10 lat więzienia sprawcy "ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".

   Zarazem polscy sędziowie - przynajmniej niektórzy - bywają przerażająco amoralni. Kiedy nie chcą się przyznać do oczywistych błędów, do orzekania na szkodę pokrzywdzonego, potrafią nadużywać niemal nieograniczonej władzy, gwałcąc nawet swą konstytucyjną podległość ustawom. W mojej sprawie chronią ich tacy wysocy strażnicy zasad etyki zawodowej funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, jak członek Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa, prezes Sądu Okręgowego we Wrocławiu Ewa Barnaszewska oraz rzecznik dyscyplinarny dolnośląsko-opolskich sędziów Marcin Cieślikowski. Oni też udają niezdolność zrozumienia, że litera prawa, konkretnie treść art. 2 ust. 1 pkt 2 ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy oraz art. 2 ust. 3 ustawy o świadczeniach przedemerytalnych, stanowi wystarczający dowód zasadności moich roszczeń odszkodowawczych za poniesienie strat finansowych na skutek - stwierdzonego ponad wszelką wątpliwość - bezprawia ZUS.


piątek, 1 lutego 2013

Lewe prawo (318)


GDZIE SMOŁA JEST BIAŁA,

A MLEKO - CZARNE

   Patologie w polskim tzw. wymiarze sprawiedliwości osiągnęły stan krytyczny. Wymagają leczenia przymusowego - psychiatrycznego w pierwszej kolejności.

   Sędziowie sami siebie wybierają. Najchętniej spośród własnych córeczek (rzadziej synusiów, co widać po również niepokojącej feminizacji tego zawodu) lub przynajmniej spośród swoich pociotków - niekoniecznie najiteligentniejszych.

   Sędziowie sami siebie uważają za nieomylnych. Władnych, w ramach przysługującej im swobodnej oceny dowodów, dowolnie orzec, że np. mleko jest czarne, a smoła - biała (zapewne przesadzam, ale tylko troszkę).

   Insynuacje? No to parę wciąż aktualnych konkretów.

   Sędziowie uzurpują sobie nawet niezawisłość od ustaw, którym skądinąd podlegają konstytucyjnie. Świadectwem takiego bezkarnego nadużywania władzy jest sprawa moich roszczeń finansowej wobec ZUS, w której na żadnym etapie postępowania, z odwoławczym i skargowym włącznie, nie zastosowali oni litery prawa dotyczącej meritum sporu.

   Sędziowie tworzą własne prawdy historyczne. Przykładem ukaranie Krzysztofa Wyszkowskiego za to, że odważył się publicznie nazwać Lecha Wałęsę "Bolkiem" - tajnym współpracownikiem PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa.

   Jeśli obywatele będą przyzwalać sędziom na samowolkę, to ci w swoim rozzuchwaleniu wkrótce mogą skazywać ich za cokolwiek. Choćby za niepoprawne politycznie kojarzenie posłanki Ruchu Palikota - Anny Grodzkiej z aktywistą PZPR - Krzysztofem Bęgowskim.